wtorek, 17 października 2017

Czy feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na trzecie piętro?

Feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na trzecie piętro - grzmi popularna pseudo-mądrość ludowa. Wielu już zabierało głos w tej sprawie, a ja pewnie przekonywać będę już przekonanych, ale mimo wszystko postanowiłam przeprowadzić krótką analizę powyższego stwierdzenia. Może przynajmniej pomogę komuś wytłumaczyć to opornym.

Feminizm to walka o równouprawnienie kobiet, a więc nasza pseudo-mądrość głosi, że walka o równouprawnienie kobiet kończy się tam, gdzie zaczyna się wnoszenie lodówki na trzecie piętro.

Idźmy dalej.

Na jaką kobiecą cechę w ma zwrócić uwagę to twierdzenie? Otóż, jakich wyjątków by nie podawać, przeciętna kobieta jest słabsza fizycznie od przeciętnego mężczyzny. Czyli walka o równouprawnienie kobiet kończy się tam, gdzie zaczyna się ich brak siły fizycznej.

Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć B.

Wniosek z przeprowadzonej analizy: ludziom słabym fizycznie nie należy się równouprawnienie, a więc powinni być oni dyskryminowani przez prawo oraz normy społeczne. Jakie grupy, oprócz kobiet, są w większości słabe fizycznie? (Tudzież: jacy mężczyźni są słabi fizycznie?) Dzieci. Emeryci. Niepełnosprawni. Chorzy. Czasem ludzie zwyczajnie drobni albo otyli.

Czyli:

Dzieci powinny być dyskryminowane. (Oczywiście, po części są, ale z tego na szczęście się wyrasta.)

Emeryci powinni być dyskryminowani. (Niektórzy prawicowi politycy powinni się nad sobą w takim razie zastanowić.)       

Niepełnosprawni oraz przewlekle chorzy powinni być dyskryminowani. ( Powiadam wam, uważajcie, o czym mówicie, bo możecie sami doświadczyć.)

Wszyscy, którzy odbiegają od wzorca silnego mężczyzny-wojownika powinni być dyskryminowani. (Powodzenia tym wszystkim panom z brzuszkiem, którzy się tak głupio wypowiadają.)

Proszę państwa, powinniśmy chyba w takim razie wrócić do form organizacji plemiennych. Na wiecu zbierali się jedynie mężczyźni zdolni do noszenia broni i nie mowa tu bynajmniej dosłownie o noszeniu ani już na pewno nie o broni palnej. Chodzi o walkę bronią białą, a do walki bronią białą trzeba mieć kondycję. Wiem, bo próbowałam.

Wniosek końcowy ( z analizy pseudo-mądrości): Każdy, kto chce mieć równe prawa, powinien wykazać się wpierw siłą i kondycją. 

Jesteście tego pewni? Ja nie. Nie wiem, czemu w dzisiejszych czasach, gdy nie musimy nieustannie bić się z sąsiadami, siła fizyczna miałaby być wyznacznikiem statusu społecznego.

środa, 27 września 2017

Jak dręczyć bohatera?

Mam taki ostatnio ból pisarski, że nie umiem dręczyć bohaterów. Zawsze wychodzi to jakoś karykaturalnie, może nawet kiczowato, a na pewno nie wzbudza odpowiednich emocji. A skoro nie umiem, muszę się nauczyć. Skoro muszę się nauczyć, tłukę myślami w ten problem, ile wlezie i myślę, że nawet do czegoś doszłam. Pewnie dla wielu doświadczonych wyjadaczy nie będzie to nic nowego, może nawet tylko ja potrzebowałam tak długiego namysłu, by to pojąć, ale mimo wszystko wynik mojego rozumowania postanowiłam opublikować.

Jak wiadomo, by czytelnik w ogóle martwił się losem bohatera, musi go lubić. Załóżmy jednak, że ten warunek udało nam się spełnić. Co dalej? No strach, smutek, sprzeciw. Powiedziałabym, że pisząc, trzeba docierać do lęków czytelnika. Niby najwyższą stawką jest życie, a największą przegraną śmierć, ale po pierwsze, śmierć na ogół zdarza się raz w życiu i zawsze komuś innemu. Po drugie, trudno jest napisać dobrą powieść, w której historia urywa się w połowie śmiercią głównego bohatera, więc czytelnik nie uwierzy, że zamierzasz położyć go trupem na pięćdziesiątej stronie. Zwłaszcza jeśli ma na półce jeszcze dwa tomy tej samej serii.

Dlatego innym sposobem krzywdzenia bohaterów jest kalectwo, jednak nie bez powodu ofiarą pisarzy najczęściej padają palce. (Przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia.) Wyobraźmy sobie, co gdyby dla odmiany odciąć bohaterowi nogi... No za daleko to on się nie wybierze, mocno ograniczając nam tym samym fabularne możliwości. A jak straci palec? Niby wysoka cena, bo strasznie jest mieć odcięte cokolwiek, ale utrata palca na ogół nie rzuca się cieniem na resztę naszego życia. No chyba, że kciuka, w dodatku prawego, ale nie pamiętam, bym spotkała się w literaturze z podobnym przypadkiem.

Z tej przyczyny bardzo zaskoczyło mnie na przykład (uwaga, spoiler) ucięcie prawej dłoni Jamie'ego Lannistera w "Grze o tron" (w serialu, nie wiem jak w książce). Jakby nie patrzeć, facet był rycerzem i to, o ile pamiętam, całkiem niezłym, a brak ręki niemal zupełnie go w tej dziedzinie skreśla. Niestety nadal nie byłoby to do wykorzystania w przypadku takiego Geralta z Rivii, bo nie wiem, o czym byśmy czytali, gdyby nasz wiedźmin stracił możliwość walki.

(Swoją drogą, zauważyłam, że prawie nie zdarza się, by ktoś wykastrował głównego bohatera, choć to w wielu przypadkach całkiem logiczna opcja. Sami pisarze też zdają się ją widzieć, w "Misery" Stephen King wydaje się wręcz tłumaczyć z niewykorzystania jej.)

Rzecz ma się podobnie z wszelkimi formami dręczenia psychicznego. Oczywiście efekt tych mniejszych urazów z czasem ustępuje, ale jeśli trzymaliśmy naszego bohatera przez dziesięć lat w ciemnej celi, byłoby słabo, gdyby od razu pobiegł ratować świat, wyrywać laski, studiować technologię obcych czy podbijać kluby nocne.   

Więc, co zrobić, żeby podręczyć naszego bohatera, nie musząc jednocześnie uniemożliwiać mu aktywnego uczestnictwa w scenach pełnych walk i pościgów? Dumam, dumam, dumam...

Po pierwsze, zdradzić.

Nie głównego bohatera - niech to on zdradza. Czyjeś zaufanie na przykład. Niech zmuszony zostanie, by zrobić komuś świństwo. Niech wszystkim się wydaje, że to on poszedł na układ z wrogiem, niech straci dobre imię. Niech zdradzi własne ideały, żeby ratować życie. Wielu ludzi powtarza, że nie obchodzi ich zdanie innych, ale nikt nie chciałby być uważany za mordercę czy pedofila. A już na pewno nikt nie chciałby stać się jednym z nich, gdyby miało to być wiadome dla wszystkich.

Czyli po drugie, pohańbić. Po trzecie zaś, zniszczyć.

Bogaci, wspływowi, potężni... Niech staną się nikim. Niech utracą wszystko, co czyniło ich wyjątkowymi. Niech choćby na chwilę staną do walki bez tego, co podarował im los, niech będą tylko sobą. A jeśli sami na to wszystko zapracowali? Tym lepiej. Niewiele jest gorszych rzeczy, niż obserwować, jak ktoś niszczy owoce naszej ciężkiej pracy, zwłaszcza jeśli praca ta zajęła nam całe życie. 

Dlatego myślę, że to coś, co czytelnikowi bardzo łatwo przełożyć na własne obawy, co wiąże się ze współczuciem. Nigdy chyba nie czytałam okropniejszej sceny niż ta w "Misery" (uwaga, spoiler), gdy Annie niszczy książkę Paula, nad którą pracował ostatnie dwa lata. Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, słabo mi się robi na samą myśl.

Ale zostawmy na moment naszą dręczycielską listę. Zastanówmy się. Na samym początku polubiliśmy tego jednego bohatera, jednak czy po tym wszystkim on nadal jest tym samym bohaterem? Moim zdaniem nie, traci część tożsamości, co mnie osobiście boli, część z was pewnie też, bo polubiliśmy naszego delikwenta jako całość. Nie jest już starym bibliotekarzem, jeśli ktoś mu spalił bibliotekę. Nie jest już paskudnym nekromantą, jeśli dołączył do inkwizycji.

A może jest? W tym kryje się chyba sedno zagadnienia.

To może, po czwarte, zmienić.

Co jeśli wszystko, w co bohater wierzył, okazało się kłamstwem? Albo on sam uznał dotychczasowe poglądy za błędne? I teraz dla odmiany nie zostaje zmuszony do porzucenia przeszłości, ale z własnej woli postanawia zostawić wszystko, co było dla niego ważne, zdradzić ideał, przyłączyć się do ciemnej strony i zostać nekromantą. Bez możliwości powrotu, z imieniem na samej górze czarnej listy... Pomyśleć, że niektórzy boją się zmiany nielubianej pracy.

A jeśli to właśnie ta decyzja będzie tą najgorszą? Cóż... Po piąte, ukarać.

Każdy - albo mam nadzieję, że każdy - pisarz wie, że życie bohaterów nie może się składać z samych sukcesów. Najlepiej, gdy sami są sobie winni. Nie myśleli o konsekwencjach? Niech cierpią. Byli nieuprzejmi dla spokojnej staruszki? Niech okaże się ich jedyną szansą na ocalenie. Jak powiadają, karma wraca.

Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by ukarać bohatera niesprawiedliwie. Za to, o co są pomawiani. Za to, co zrobili nieumyślnie. Za grzechy popełnione by chronić siebie lub innych. Niesprawiedliwa kara spotkała chyba każdego, każdy takich nie znosi, każdy się ich boi. A czym takim ukarać bohatera? Jest wiele opcji, a niektóre znajdziecie w poprzednich podpunktach.

Podobnie rzecz ma się z karą za rzeczy, które zrobiliśmy ze strachu. Okropnie jest uciekać przed koszmarem, wiedząc, że za tę ucieczkę spotka nas równie nieciekawa kara, prawda? Czyli po szóste, zastraszyć.

Byłoby bardzo przykro, gdyby główny bohater polując nocą na złodzieja we własnym domu, przez przypadek zabił własną żonę. Ale to wciąż tylko przez przypadek. Idźmy dalej. Co jeśli świadomie zrobi komuś krzywdę, ponieważ szantażują go ujawnieniem innej, często bardzo dawnej, zbrodni? Zamiast przyjąć karę, jeszcze mocniej obciąża sumienie. A jeśli, jak w punkcie piątym, nie zrobił nic złego, więc popełnia zbrodnie, żeby nie dosięgnęła go kara za coś, czego nie zrobił? Po tym wszystkim może się jeszcze okazać, że nie mieli żadnych dowodów - mają dopiero teraz.

Można te wszystkie rzeczy połączyć. Można też oszaleć... Kluczowym wydaje mi się jednak uruchomienie codziennych obaw czytelnika, tylko w większej skali.

Uff... To po tych jakże długich przemyśleniach muszę się jeszcze nauczyć stosować do własnych rad.



środa, 6 września 2017

Ideał cierpiącego artysty

Ktoś mnie ostatnio oskarżył o bycie artystką. W dodatku wrażliwą artystką, bo artysta musi być przecież wrażliwy. Wszystko przez to moje pisanie i na nic zdały się tłumaczenia, że ja nie z tych, co "widzą więcej, czują więcej", ja tylko piszę głupie fantasy o nekromantach i innych indywiduach lubujących się w magicznej rozpierdusze. Bywa, biorę to na klatę.

Ale dlaczego piszę o tym jako o oskarżeniu? Wielu ludziom artysta kojarzy się pozytywnie, jednak w moich uszach to synonim dla "jesteś niedojrzałym i przewrażliwionym atencjuszem". A wrażliwy artysta to już w ogóle koszmar... Na takie hasło pojawia mi się w głowie obraz romantycznego poety potrafiącego tworzyć tylko kiedy cierpi, bo samotność, nędza i niezrozumienie. Niestety w głowach wielu ludzi wizja ta wciąż funkcjonuje jako artystyczny ideał albo - co gorsza - jako wyobrażenie artystycznej codzienności.

Jednak gdybym napisała tutaj, że pisarz też człowiek, więc należy mu płacić, bo jeść i żyć za coś musi, powtórzyłabym po nieskończonej rzeszy blogerów i publicystów, którzy poruszali ten temat. Ba! Uznaję stwierdzenie, że za cudzą pracę należy płacić za oczywistość. Jeśli ktoś jeszcze nie zdążył tego zrozumieć, to już chyba nie zrozumie.

Zastanawiają mnie jednak te pozostałe rzeczy: samotność i niezrozumienie. Bo przecież jakby pisarze byli radośni i otoczeni przyjaciółmi, nie powstałoby nic wartościowego. A jak ktoś ma prawdziwy talent, będzie pisał choćby wszystkim wbrew, dumnie wypinając pierś i nigdy nie ugnie się pod pełną jadu opinią filistrów. 

Ta...

Ostatnio w książkach zaczęła uderzać mnie ilość podziękowań i wylewność dedykacji. Autorzy mają w zwyczaju wymieniać całe rzesze ludzi, którzy ich wspierali w drodze do realizacji projektu. Często widzi się też dedykacje rodzaju: Mamie/Babci/Cioci, która zawsze we mnie wierzyła. W wywiadach i na spotkaniach autorskich nieustannie pada pytanie o rodzinę i jej pomoc w procesie pisania. Deklarowana jest ono zadziwiająco często, a deklarujących trudno nazwać grafomanami.

Z mojego doświadczenia i obserwacji wynika więc, że cierpienie to ostatnia rzecz, która mogłaby przynieść wenę. Nie znam nikogo, kto miałby siłę pisać w ten sposób. Nie słyszałam o nikim, kto osiągnąłby sukces, użalając się nad sobą w samotności i klepiąc w mokrą od łez klawiaturę. Tak się chyba nie da tworzyć, nie da się tak żyć. Nie jestem w stanie uwierzyć, że te lata, które wielcy pisarze tworzyli cierpiąc, to były lata ich artystycznej świetności, a nie snucia depresyjnych myśli nad milczącą maszyną.

I kiedy dowiaduję się od ponurego człowieka, że jest osobą piszącą, nie widzę wrażliwego artysty, którego przytłacza mocniejsze od przeciętnego odczuwanie rzeczywistości. Widzę człowieka, który nic nie napisze. Na pewno nie dziś.    

  



   

wtorek, 23 maja 2017

Matura, matura i po maturze

Minął już niemal tydzień, odkąd znajduję się w magicznej krainie zwanej "po maturze". To miejsce jeszcze piękniejsze niż "jutro" a nawet "od nowego roku". W magicznym po maturze młodzi ludzie wreszcie wiedzą, czego chcą od życia, zajmują się swoją pasją, chudną, robią prawo jazdy, a nawet sprzątają pokój. 

Na razie dotknęło mnie tylko to ostatnie, ale przecież minął zaledwie tydzień. Niektórym najwyraźniej powiodło się lepiej, bo już mówią, że się nudzą, nie wiedząc, co zrobić z tak dużą ilością wolnego czasu. Bo można przez tydzień spać, kolejny tydzień jeść i jeszcze kolejny grać w gry, ale kiedyś nadchodzi czas, że już naprawdę nie wiadomo, czym wypełnić powstałą pustkę.

Niektórzy idą do pracy i nie wątpię, że dla wielu jest to sensowne rozwiązanie, ale akurat nie dla mnie - osoby, która wie, kiedy zawiązano pierwszy triumwirat, ale nie wie, na co mogłaby wydać pieniądze. Widzieliście tych smutnych bogaczy w filmie, którzy nie wiedzą, co jeszcze mogliby kupić, bo nic nie daje im satysfakcji? Krin ma podobnie, tylko nie jest bogata ani nie spróbowała w życiu wszystkiego.

Być może to naprawdę najwyższy czas, by zmienić siebie i swoje życie. Na pewno jedno się już zmieniło - nie zastanawiam się, czy naprawdę aż tak nienawidzę szkoły. Jestem tego pewna. Dotąd każde wakacje chodziłam jak na szpilkach, dręczona okropną myślą, że każde tyknięcie zegara przybliża mnie do nieuchronnego koszmaru. W tym roku ten strach się nie pojawił, być może to kwestia zupełnie nowej sytuacji życiowej, ale czuję się duchowo lżejsza. Kiedy nie pochłania mnie poszukiwanie celu życiowego, zaczynam wierzyć, że naprawdę mogę zrobić coś ciekawego. I nikt mi nie powie, że powinnam powtórzyć coś ze szkoły, by być przygotowaną na kolejny rok. Nikt mi nie powie, że marnuję czas.

Mam tyle czasu, że mogłabym z niego zbudować dom. 

Chciałam stworzyć listę postanowień wakacyjnych, ale zadania z listy człowiek ma do wypełnienia podczas roku szkolnego. Nieustannie goni go jakaś klasówka lub praca domowa, która choć jest na za tydzień mogłaby być zaczęta już teraz... Tak, doszłam do wniosku, że postanowienia wakacyjne są jak szkoła. Bo szkoła, mimo szczytnych idei, jest przede wszystkim po to, by kontrolować, czy się uczysz. Lista postanowień wakacyjnych ma z kolei kontrolować, czy nie marnujesz czasu na głupoty i jest tą pracą domową, na którą masz kilka miesięcy, ale może wypadałoby zacząć ją już dziś...

I nie, ten wpis nie zmierza do żadnej ciekawej konkluzji. W tym wpisie chcę się z wami podzielić własnym szczęściem i życzyć, żebyście w czasie swoich znacznie krótszych urlopów czy wakacji nie tak długich ja maturalne potrafili uwierzyć, że nic nad wami nie wisi tak jak ja teraz wierzę.  

Obym wierzyła do października.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Matura, czyli wiem, że nic nie wiem

Mam nadzieję, że nie spisaliście mnie na straty jako jednego z tych blogerów, którzy pojawiają się na kilka tygodni, by zaraz zniknąć w odmętach codzienności i braku weny. Jeszcze się trzymam. Chętnie powiedziałabym, że nie odzywam się, bo nauka do matury pochłania cały mój czas. Ha, ha, ha... Chciałabym. 

Za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że matura pochłania całą moją siłę życiową. Trudno się zajmować innymi tematami, gdy co chwilę wzrok zawisa na podręcznikach okupujących całe pomieszczenie. Lepiej też nie ryzykować - rzecz wrzucona do internetu zostaje w nim na zawsze, a w tym przypadku będzie to świadectwo, jak to Krin siedzi przed komputerem zamiast się uczyć. Najbardziej wyrzucać będzie sobie te chwile ona sama, zwłaszcza, że znajduje się na najgorszym etapie nauki:

Wiem, że nic nie wiem.

Na ogół etap ten załącza mi się zaraz po etapie "wiem wszystko i aż wam gacie spadną przy sprawdzaniu", co czyni go podwójnie trudnym do zniesienia. Spotkałam się kiedyś z bardzo optymistyczną opinią, że jeśli uczeń wie, że nic nie wie, to znak - nauka przyniosła efekty, teraz tylko wio na egzamin. W końcu Sokrates wiedzą, że nic nie wie, zasłużył sobie na miano najmądrzejszego z Greków.

Ja jednak nie mam w sobie tyle optymizmu co wyrocznia delficka. Mam wrażenie, że zawaliłam. Jestem teraz po trzech godzinach nauki, a już czuję się zmęczona. Pff! Jak się będę uczyć dziesięć, pogadamy... Zostały trzy dni, w ciągu których mam jeszcze masę do zrobienia i czuję, że mogłam się za to zabrać wcześniej. Wprawdzie wcześniej robiłam inne rzeczy, ale mogłam... Mogłam też mniej spać. Mogłam zamiast czytać książki w komunikacji miejskiej, uczyć się w tym czasie. Mogłam darować sobie niektóre wizyty towarzyskie. Mogłam tyle nie siedzieć w internecie. Mogłam nie zajmować się pisaniem powieści...

Czy naprawdę mogłam? Pojęcia nie mam. Teoretycznie każdy musi od czasu do czasu odpocząć. Teoretycznie jestem jedną z najlepszych uczennic jednego z najlepszych liceów w Polsce i jeśli ja się przejmuję, reszta powinna srać po gaciach. Wszystko teoretycznie. Naprawdę pewna własnej wspaniałości będę dopiero, gdy powali mnie widok świadectwa maturalnego. Do tego czasu zostaje mi samobiczowanie, ponieważ na przykład za cholerę nie potrafię sobie przypomnieć treści przywileju jedleńsko-krakowskiego nadanego polskiej szlachcie przez Władysława Jagiełłę w 1430 roku. Tragedia.  

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

A po maturze idę na lewo

Nie wiem, jak to się stało, ale już w szkole podstawowej okazałam się jedynym członkiem rodziny szczerze zainteresowanym historią. A jakie znacie "dobre" studia, na których przyda się historia? Prawo! Prawo! Prawo! Miałam ledwie dwanaście lat, szłam dopiero do gimnazjum, a moja rodzina już wiedziała, że pójdę na prawo. I nie, nie pochodzę z rodziny prawniczej, ale po części lekarskiej. Wiadomo, prawo i medycyna to dwa według powszechnego mniemania elitarne kierunki.

Ja sama chciałam zostać lekarką właśnie, co było przyjmowane ze zdziwieniem, bo przecież... Prawo! Prawo! Prawo! Jednak do biol-chemu nie poszłam, bowiem problemy skórne w jakiejkolwiek specjalności zabiegowej zmieniłyby moje życie w koszmar.

Dla niewtajemniczonych - aktualnie obowiązujący system zakłada, że klasy o profilach niezawierających takich przedmiotów jak chemia, biologia, fizyka, historia czy WOS kończą swoją edukację w danym zakresie na pierwszej klasie liceum. Przewidziane są przedmioty uzupełniające - przyroda oraz HiS (Historia i społeczeństwo) i nie tylko brzmi to jak powtórka z podstawówki, ale dokładnie na takim jest poziomie. "Notują tylko ci, którzy nie pamiętają tego z przedszkola" - powiedział nam nauczyciel podczas lekcji o układzie słonecznym.

W praktyce powyższe oznacza, że w trzeciej klasie gimnazjum, czyli w wieku lat piętnastu, trzeba już mniej więcej wiedzieć, co ma się zamiar robić w wieku lat dwudziestu pięciu. Ja akurat byłam wówczas dobra z polskiego i historii. Wyrok: human. A jakie są sensowne kierunki studiów po humanie? Prawo! Prawo! Prawo!

Więc poszłam do klasy dumnie zwanej prawniczą i odtąd cały świat próbuje mi powiedzieć, że popełniłam największy błąd w swoim życiu, a prawo to najbardziej obciachowy i bezużyteczny kierunek pod słońcem, po którym będę mogła pracować co najwyżej w call center za psie pieniądze. Nie ma książki, której bym nie otworzyła, strony internetowej, na którą bym nie zajrzała ani człowieka, któremu nie powiedziałabym o swoich planach, żeby nie dowiedzieć się o o fatalności swojej decyzji.

Oto kilka przykładów.


Z podręcznika do angielskiego (tekst nosi tytuł "Letter to my teenage self"):
"Take your time deciding what career to do - I wish I had done more research into what it's really like to be a lawyer. If i hadn't studied law, I would have found my real career as an actor."
 Z "Informatora maturzystów 2017":
"Prawo należy do kierunków najtrudniejszych i niezbyt pasjonujących dla laika, dlatego kandydaci o niskiej motywacji do wykonywania tego zawodu powinni się dobrze zastanowić nad wyborem kierunku."
Z artykułu "Fenomen gówno wartych prac" David'a Rolfe'a Graeber'a (nie wiem, co to za gość, ale świetnie sformułował, to, co czuję od dawna):
"Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. "
Z powieści "Małe życie" Hanyi Yanagihary (dawno nic mnie tak nie zdołowało):
"W ten sposób uczelnia prawnicza łamie umysły. Powieściopisarze, poeci i artyści zazwyczaj nie radzą sobie dobrze na studiach prawniczych (chyba, że są złymi powieściopisarzami, poetami i artystami)"
Z podręcznika do historii, ściśle z podpisu pod portretem:
"Honore de Balzac, jeden z czołowych pisarzy XIXw., dla pisarstwa porzucił studia prawnicze, na które wysłał go ojciec."
Przypadek? Nie sądzę...

Oczywiście to są tylko te przykłady, które najmocniej zapadły mi w pamięć, w większości przez pojawienie się w nieoczekiwanych miejscach. Ale internet da wam więcej powodów, nawet całe listy. Nawet z mojej szkoły uważanej powszechnie za miejscową "kuźnię prawników" prawie nikt nie wybiera się na ten kierunek, wszyscy wiedzą, że nie ma sensu.

A ja? Czemu skoro wszyscy wiedzą, ja nie wiem? Wiem, ale nie dosyć, że nie mam pomysłu, co innego mogłabym robić, czuję się pod presją otoczenia lubiącego powtarzać, że idealnie nadaję się do tej pracy. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie często przyjmuje formę obelgi, więc nie będę powtarzać, bo hej, to jest zwyczajnie przykre.

Jeśli zaś sama miałabym mówić o swoich predyspozycjach w tym względzie, rzec mogę jedynie, że zdarza mi się wyszukiwać rozsądne argumenty w dyskusjach z nauczycielami częściej niż przeciętnemu uczniowi.

Szkoda, że tak rzadko we własnej sprawie...  

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ostatni miesiąc

Coś od wielu miesięcy wisi w powietrzu, przylepia się do ciała i spędza sen z powiek. Ogłupiając trwogą, pełznie na języki, by zawładnąć umysłami i przejąć kontrolę nad kilkoma tysiącami uczniów, rodziców, nauczycieli oraz dyrektorów szkół.

Matura.

Bynajmniej nikt nie jest zaskoczony jak drogowcy zimą. Przeciwnie. Słyszę o maturze od samego początku liceum. Już pierwszego września trzy lata temu jasne było, że cała edukacja ma tylko jeden cel - maturę. Nic, czego nie będzie na maturze, nie ma prawa znaleźć się w programie lekcji, a już na pewno nie na sprawdzianie. O ile za przeprowadzane pod maturę sprawdziany nie mam pretensji, to za rozsiewaną paranoję jak najbardziej.

Jakiś student powinien wyśmiać naszą histerię, wszak matura w porównaniu do sesji to śmiech na sali. Maturę każdy głupi zda. Nawet dla mnie, tegorocznej maturzystki, płacze jakoby ktoś miałby nie zdać matury są po prostu żenujące. Trzeba być albo nieskończenie głupim, albo mieć nieskończenie wielkiego pecha, na przykład przez lapsus popełnić tzw."błąd kardynalny", który zeruje na polskim całą pracę, a to chyba nie przy każdym temacie jest nawet możliwe.

Inna sprawa, że poza zdaniem liczy się wynik.

Założę się też, że studentów nie katują każdą sesją trzy lata, nie wmawiają, że jeśli coś pójdzie nie tak, czeka ich zmywak, mop i czeluście piekielne. Rodzice nie siedzą nad nimi i nie każą się uczyć, nauczyciele ich nie ścigają, rodzina nie wypytuje o przygotowania przy świątecznym stole. Ostatnio odkryłam, że choć jestem potwornie zmęczona, wcale nie męczy mnie nauka, bo wcale się nie uczę, nie mam siły. Męczy mnie całe to myślenie o maturze, zamartwianie się i gromy za lenistwo.

Ostatnio usłyszałam, że jeśli mam czas, by siedzieć na forum literackim, to znak, że za mało się uczę. Nie powinnam mieć tyle czasu, nie powinnam prowadzić bloga, nie powinnam spać i oddychać, ale całe swoje życie podporządkować jednemu wysiłkowi - jak najlepszemu zdaniu matury. Im więcej słyszę takich opinii, tym mniej i z większym trudem się uczę. Jeśli faktycznie nie dostanę się na wybrane studia, będę o to obwiniać wyłącznie ten bezmyślnie klepiący pouczenia chór.

Dlaczego tak jest? Przypuszczam, że straszy ten, kto się najbardziej boi. Dyrekcja boi się słabych wyników, więc straszy nauczycieli. Źli nauczyciele nie przemieniają się magicznie w dobrych, tylko straszą rodziców i uczniów. Dodatkowo rodzice straszą dzieci i proszę bardzo - cały ten tłum spogląda nieszczęsnemu uczniowi na ręce, czy przypadkiem nie pozwolił sobie na jakąś rozrywkę.  

Założę się, że nikt nie ma takich problemów z nauką jak człowiek terroryzowany i nieustannie wybijany z obranego rytmu, a nauczyciele jak na złość biorą się do robienia sprawdzianów, by mieć pewność, że wszystko umiemy. Wiecie co? Niczego tak nie znoszę, jak sprawdzianu ze współczesności w momencie, w którym przerabiam tematy chronologicznie i jestem dopiero w oświeceniu.

O tym, że na wielu lekcjach dzieją się już tylko jakieś bzdury, a my musimy chodzić, bo trzeba mieć minimum 50% obecności już nawet nie wspomnę. Kto ma czas na szkołę, kiedy matura za miesiąc?

Nie wiem, jak to podsumować, ostatnio tak mało czytam przez tę hecę, że już mi słów brak. Mam tylko prośbę - dajcie się maturzystom uczyć w spokoju i nie próbujcie naciskać, bo oni naprawdę wiedzą, co robią. A jeśli nie wiedzą, nic już nie zdoła pomóc.