poniedziałek, 16 lipca 2018

Nekromanckie rozczarowanie, czyli "Necrosis. Przebudzenie" Jacka Piekary


Autor: Jacek Piekara

Tytuł: Necrosis. Przebudzenie

Rok pierwszego wydania: 2005

Wydawnictwo: Fabryka Słów, Lublin 2016

Liczba stron: 347

Gatunek: fantasy

Moja ocena: nie spodziewałam się wiele, ale dostałam jeszcze mniej


Jakiś czas temu zapowiedziałam recenzję, tak więc oto jest recenzja. Na dodatek książki, którą pożyczono mi przez wzgląd na obecność nekromantów i czarnej magii, inaczej mało prawdopodobne, że bym po nią sięgnęła. Nie żebym miała jakiś uraz do Piekary. Wcześniej czytałam dwa tomy z Cyklu Inkwizytorskiego i... właściwie nic. Pamiętam kilka inspirujących scen oraz znacznie mniej inspirujący fakt, że sporą część jednego z opowiadań Mordimer z niewyjaśnionych przyczyn spędził zabawiając się w domu publicznym. Powinno mnie to ostrzec, ale nie ostrzegło. 

Jednak zacznijmy od początku, bo na początku nie byłam w ogóle pewna, czy biorę się za powieść czy za zbiór opowiadań. O czym innym krzyczała okładka, o czym innym mówiła osoba, która książkę mi poleciła. Ostatecznie pozycja okazała się zbiorem opowiadań udającym powieść przez podział na "rozdziały". Nie wiem po co, opowiadania mają ze sobą to tylko wspólnego, że ich akcja osadzona została w jednym świecie i mniej więcej w tym samym czasie. Wszystkie też dotyczą tytułowego "przebudzenia" złych sił. Żadnych wspólnych bohaterów czy wątków (poza wspomnianym jednym) nie stwierdzono.

Może jestem czepialska, ale dla mnie zabrzmiało to albo jak tani chwyt marketingowy spod znaku "zbiory opowiadań się nie sprzedają" (czego akurat po twórczości Piekary nie widać) albo jak dziwny zamysł autora spod znaku "bo [tu wstaw dowolny powód] i się nie znacie". W każdym razie książka i autor już na wstępie dostali ode mnie punkty ujemne.

Opowiadania same w sobie są na różnym poziomie, więc najpierw może scharakteryzuję wszystkie kolejno, a potem przejdę do ogółu.


1. Opętanie


Drugie z najgorszych opowiadań w zbiorze. Mamy tu Tronheima - egzorcystę-oszusta, który swego czasu wyleciał ze szkoły dla magików i nic dziwnego, bo bystry jest jak, nie przymierzając, woda w kiblu. Dziw bierze, że kogokolwiek do tej pory oszukał. Dziw bierze, że ktokolwiek wziął go za prawdziwego egzorcystę i powierzył tak ciężkie zadanie...

Oprócz nieznośnego Tronheima opowiadanie zawiera w sobie równie cały szpaler tak szablonowych postaci, że aż zgrzyta w zębach oraz masę kiczowatego mroku i całkowicie spływającego po czytelniku okrucieństwa. Czytając, przewracałam oczami.

Ale czarę goryczy przepełnia zakończenie w postaci zwykłego deus ex machina. Aż nie mogę uwierzyć, że znalazłam coś takiego w książce popularnego autora.


2. Następny piękny dzień

Po bardzo zniechęcającym początku przyszła z kolei pora na najlepsze opowiadanie zbioru. Za bohatera mamy tu wiejskiego chłopca (swoją drogą, dużo bardziej rozgarniętego niż rzekomo obyty w świecie Tronheim), którego uboga rodzina, nie stała się bynajmniej od tego ubóstwa poczciwa i dobra. Dlatego chłopiec radzić musi sobie sam i zyskuje w tym nieoczekiwaną pomoc związaną, podpowiem, z ciemnymi mocami.

Historia bardzo prosta, jakby nieco baśniowa, z wywołującym uśmiech satysfakcji zakończeniem - przynajmniej u mnie, może u normalnych ludzi nie. Dodatkowo urzekła mnie nieskomplikowanym, ale ładnie pasującym do reszty systemem magii.


3. Księżniczka i wiedźma

Opowiadanie z drugiego miejsca. Historia niewidomej księżniczki i jej mającej przybyć z dalekiego kraju macochy. Ma ładny zwrot akcji oraz powoli wyłaniającą się z ukrycia tajemnicę, ale nie powiedziałabym o nim, że jest zaskakujące. Ot, opowieść, której bohaterowie popełniają tragiczne błędy, nie zawsze potrafiąc rozróżnić, co jest dobrem, a co złem. Szkoda, że autor nie postanowił tego pogłębić, zamiast próbując uderzyć zwycięstwem zła, w którym to zwycięstwie nie ma nic niezwykłego. U Piekary najwidoczniej cały czas musi wygrywać zło. 


4. Krew, śmierć i świt

Historia mniej więcej tak pretensjonalna jak jej tytuł - a przynajmniej z równie pretensjonalnym głównym bohaterem. Reinhard to cesarski lennik, który właśnie położył kres ciągnącej się od wieków wojnie z nieprzyjaznym rodem. Nie miałby w zasadzie więcej problemów, gdyby nie ukrywający się w zdobytym zamku ośmioletni chłopiec, ostatni potomek wrogiego rodu oraz tajemniczy portret na ścianie sypialni.

Reinherdowi marzy się przede wszystkim wieczna sława, o czym nam nieustannie musi przypominać. Mam nadzieję, że stworzenie postaci irytującej, to był zamysł autora. Jeśli tak, to się udał. Nie wiem tylko, jaki był jego cel. Rozumiem tworzenie bohaterów złych, ale nie rozumiem tworzenia bohaterów, przez których czytelnik ma ochotę rzucać książką o ścianę. Zwłaszcza, że poza tym gwiazdorstwem Reinherd to typowy "menski meszczyzna" polskiego fantasy, co lubi bitkę, kobiety i alkohol. A rozsądny mniej więcej tak samo jak Tronheim z "Opętania".

Tylko zakończenie pełne mrocznej magii i jej niespodziewanych konsekwencji wywołuje uśmiech. Mimo że musiałam się chwilę zastanowić, o co w tej scenie chodziło.


5. Czerwona mgła

Totalna porażka. Nie tylko najgorsze opowiadanie w zbiorze, ale najgorsze opowiadanie, jakie widziałam na papierze w przeciągu ostatnich kilku lat. O czym jest? O seksie. Są w tym jeszcze jacyś rabusie grobowców i dzielnica pełna świątyń, ale tak głównie to o seksie. 

Mamy okazję wraz z główną bohaterką przeżywać przypływy tytułowej "czerwonej mgły", które są napadami nimfomanii czy czegoś podobnego. Mamy też okazję poczytać o jej fantazjach seksualnych, masturbacji oraz seksie z przypadkowymi przechodniami. Gdzieś między tym trafiamy do przybytku Świętej Sekstyny, gdzie pod opieką szóstki bogiń kobiety oddają się uprawianiu najstarszego zawodu świata. (Jaka gra słów... Się uśmiałam, jak na pogrzebie.) 

Rzadko zdarza mi się omijać kilkanaście stron, ale to był właśnie ten przypadek. Tylko zakończenie doczytałam i było... No jak cała reszta - o seksie.

   
Podsumowując wszystko powyższe, mamy tu zbiór z dwoma złymi opowiadaniami i trzema przeciętnymi. Główne grzechy "Necrosis. Przebudzenie", to przede wszystkim ten wspomniany przy "Opętaniu" kiczowaty mrok i przerysowane okrucieństwo. Mam wrażenie, że Piekara chwilami próbował pisać film zamiast książki, czyli próbował przerazić nas wizualnie, co w książkach zwyczajnie nie działa.

Łączy się z tym potworna nachalność pojawiającego się zła. Widzę tu bardzo silną chęć odejścia od schematów typowego fantasy pełnego dobrych bohaterów, tylko szkoda, że wychodzi właściwie na to samo. Zamiast przekonywać nas, jakie wszystko jest dobre, Piekara przekonuje nas, jakie wszystko jest złe. Nie ma szarości, znów tylko czerń i biel, a właściwie czerń! czerń! CZERŃ! Taka książka dla ludzi, którzy lubią się szokować nieszokującymi, ale szokująco brzmiącymi rzeczami. No bo świat jest zły i ludzie są źli i w ogóle... Zaskakujące, prawda?

A gdyby spojrzeć na to jak na samą historię bez tandetnej dekoracji, to mamy tu takie fabuły-wydmuszki. Takie czytadła. Takie, którymi się nie przejmiemy. Takie, które mają fajne zwroty akcji i przemyślane zakończenia, ale nic poza tym.

Komu poleciłabym tę książkę? Właściwie to nikomu, szkoda czasu na pozycje słabo-przeciętne, kiedy jest tyle dobrych. No chyba, że ktoś chce zobaczyć, jak miernie potrafią pisać znani autorzy.


(Jest to moja pierwsza w życiu recenzja, więc gdybyście mieli do niej jakieś uwagi, bo na przykład nad jednymi rzeczami za bardzo się rozwodzę, a nad innymi za mało, to chętnie wysłucham waszej opinii. W zasadzie... Zawsze chętnie wysłucham waszej opinii, nie tylko kiedy robię coś po raz pierwszy. ;) ) 

sobota, 7 lipca 2018

Czy w fantasy chodzi o zabijanie?

Blog ten od zawsze ział raczej pustkami, ale ostatnio osiągnął już chyba nawet nie tyle brak, co ujemną liczbę czytelników. Ciekawe dlaczego... Pewnie dlatego, że nic na nim nie piszę, co jest tylko i wyłącznie moją winą - przyznaję się. A jednak nieustannie myślę o tym, żeby się przełamać, czyli iskierka nadziei wciąż się tli. Zobaczymy, może coś jeszcze z tego będzie. 

A teraz do rzeczy. 

Mój ojciec przeczytał zaledwie jeden mój tekst, bardzo krótki, pierwszy przeze mnie ukończony i od tamtej pory śmieje się, że morduję wszystkich bohaterów. A przecież padł tylko jeden trup! Co z tego, że głównej bohaterki? Większość przeżyła! Jednak niedługo później naszła mnie pewna myśl - czy ja znam jakiekolwiek fantasy bez zabijania? Bez walki? Od tamtego czasu przeczytałam sporo nowych pozycji nieznanych wcześniej autorów i takiej sobie nie przypominam.  

Tendencja jest wprost przeciwna, trupy padają często i gęsto, główni bohaterowie zabijanie mają we krwi, a nawet jeśli nie mają, to wkrótce nabyć muszę tę jakże kluczową dla światów fantastycznych umiejętność. Ba! Nawet jeśli nie uda im się jej nabyć aż do ostatniej strony, nie znaczy to, że w żadnej walce nie będą uczestniczyć. A już na pewno nie znaczy, że ich los od walki nie będzie w żaden sposób zależał - w końcu jeśli sami są akurat inwalidami na wózkach bez wojowniczych przyjaciół, w tle zawsze może się zdarzyć jakaś wielka wojna. (Nie mówię, że kiedykolwiek spotkałam się z powieścią fantasy, w której główny bohater jest inwalidą na wózku albo nie bierze udziału w walce. Ot, zabezpieczam się.)  

A jak wielu z nas zetknęło się z walką i zabójstwem w zwykłym życiu? Pewnie niewielu. W średniowieczu, na które stylizowana jest spora część fantasy mieli pewnie trochę inne statystyki, ale nie rozwiewa to bynajmniej moich wątpliwości. 

Żeby było jasne - naprawdę nie chcę tu potępiać zjawiska, sama nagminnie morduje bohaterów, aż tak wiele się od czasu tamtego pierwszego opowiadania nie zmieniło. Zastanawiam się. Czy to jest kwestia gatunkowa? Tak jak trup w kryminale? Nie może być kryminału bez trupa, nie może być fantasy bez walki. Ale trup w kryminale nikogo nie dziwi, ludzi jednak nieobeznanych z fantasy wydaje się dziwić ilość zawartej w nim przemocy. Nie tylko mojego ojca.

Wśród fanów gatunków zabijanie wydaje się oczywiste, a jednak nikt nie mówi, że jego podstawowym elementem fantasy jest walka. Wszyscy - no mam nadzieję, że wszyscy - wiedzą, że podstawowym elementem fantasy jest magia. 

A ta magia zabija. Nawet jeśli robi też masę innych rzeczy jak konserwowanie żywności czy ułatwianie transportu, prędzej czy później posłuży też do zabijania.

Ktoś powinien zauważyć, że hola! hola! nikt nie będzie czytał 500 stron o życiu rodzinnym krasnoludów. Ciekawe czy autorzy pierwszych powieści realistycznych słyszeli podobny argument... Bo przecież najpierw były Epos o Gilgameszu, Iliada i Odyseja, Pieśń o Rolandzie czy Pan Tadeusz, a dopiero później popularność zdobyły gatunki spokojniejsze. Fantasy wydaje się zaczynać z tego samego pułapu - od rycersko-baśniowego Śródziemia, aż do paranormal romance, detektywistycznego urban fantasy, fantasy historycznego... Jakby to samo, plus fantastyka. 

Plus zabijanie.

Nie jestem jakąś znawczynią paranormal romance, ale bardzo bym się zdziwiła, gdyby mi ktoś wskazał takie bez walki. W końcu po co tworzyć nieśmiertelne i nadludzko silne wampiry, jeśli im się nie da czegoś, co mogłyby zagryźć? Niby trzeba jakoś tą swoją ukochaną obronić, to nawet dobra metafora dla spragnionych opiekuńczego ramienia młodych kobiet, ale kiedy teraz zaczęłam się nad tym zastanawiać, wydaje mi się to mimo wszystko zagadkowe.

Podobno kultura służy między innymi odreagowywaniu. Aż strach pomyśleć, co w takim razie czai się w głowach fantastów.

Chciałabym ten wpis zakończyć rozwikłaniem zagadki, jednak żadne satysfakcjonujące rozwiązanie nie przychodzi mi do głowy. Jedynie metafora - każdy z nas ma walkę do wygrania i potwory do zabicia. Polecam ten krótki filmik w temacie, bo sama lepiej bym tego nie wytłumaczyła.

A jednak literaturze "normalnej" udało się wyjść z tej baśniowej niejako strefy. Pozostaje mi jedynie rzucić w eter wyzwanie - niech napisze ktoś fantasy bez przemocy, to zobaczymy, co z tego wyjdzie. Nie mówię o pisaniu 500 stron o życiu rodzinnym krasnoludów. Przynajmniej, jeśli życie to niewiele się różni od życia przeciętnych Kowalskich. Ale może istnieje powód, dla którego różni się ono całkiem sporo. Może nawet jest on interesujący dla przeciętnego czytelnika.

Wydaje wam się trudne wymyślenie go? Cóż, każdy gatunek trzeba było najpierw wymyślić. Albo to on sam się wymyślał w zbiorowej świadomości literatów, krok po kroku, książka po książce, opowiadanie po opowiadaniu. Sama idea snucia opowieści potrzebowała pewnie wielu pokoleń. O piśmie nawet nie wspominając. Dlatego też nie mówię o rwaniu się do rewolucji, rewolucje niewielu wyszły na dobre. 

A czemu ja sama nie spróbuję? Bo wszystkie powieści pełne trupów i epickich "rozpierduch na żywioły" same się nie napiszą. Może potem, kiedy nie będą pochłaniać mnie inne pomysły, aczkolwiek nie wiem czy mój nawykły do mordowania umysł da sobie z tym radę. Pewnie spróbuję najpierw w opowiadaniu, choć znalezienie opowiadania fantasy bez zabijania wydaje mi się znacznie prostsze. Wydaje się, bo żadnego sobie nie przypominam.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

A może by tak recenzję?

Blogosfera książkowa obfituje w całą masę, lepszych lub gorszych, recenzji - jeśli wierzyć obiegowej opinii, głównie gorszych. Dużo się mówi o wylewaniu hejtu, braku argumentacji, niepoprawnej polszczyźnie, a nawet o nieczytaniu książek, które się recenzuje i tym podobnych kuriozach.

Jednak mimo wszystko Krin chciałaby dołączyć do grona recenzentów, przynajmniej tych przygodnych, bo nie zamierzam tak mocno zawężać sfery swojej internetowej działalności. Ale dlaczego chciałabym? Mniej więcej z tych samych powodów, dla których założyłam sobie bloga - często mam ochotę podzielić się z kimś jakąś myślą, ale tak jakoś nie ma okazji, środków, rozmowa szybko schodzi na inny temat, zanim ten zostanie wyczerpany. Poza tym dużo łatwiej formułuje mi się myśli podczas pisania, niż podczas mówienia. Dużo rzadziej o czymś zapominam i dużo rzadziej się gubię.

Więc na co czekać?

Po pierwsze, nie jestem pewna czy ja w ogóle lubię czytać recenzję, a nieco dziwne wydaje mi się pisanie czegoś, czego nie lubi się czytać. To trochę jak z tymi wszystkimi "poetami", którzy trzaskają utworów co nie miara, a sami z poezją mieli do czynienia ostatnim razem w liceum. Albo jak z tymi wszystkimi "pisarzami", którzy chcą napisać książkę, bo obejrzeli fajny film. Ale z drugiej strony... Może właśnie w tym tkwi problem, że faktycznie jest, jak wszyscy mówią - większość recenzji pisze się na kolanie i bardziej przypominają one streszczenia. Osobiście nie znoszę streszczania fabuły, mam wrażenie, że potykam się o nie niemal wszędzie - nie całej książki, ale przynajmniej pierwszej ćwiartki. W dodatku to streszczanie wydaje mi się często wymuszone i niezręczne, jakby ktoś chciał odhaczyć najważniejsze punkty.

I tu pojawia się mój drugi problem - skąd pewność, że moje własne recenzje będą w jakikolwiek sposób lepsze od tych powszechnie krytykowanych? Zwłaszcza tych najlepszych. Moją ulubioną jest aktualnie "Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu" Anny Lange, ale jest to opinia absolutnie nieobiektywna, bo też nie należy ode mnie wymagać, abym traktowała powieść o uroczym nekromancie w sposób obiektywny i zrecenzowała ją czymś więcej niż histerycznym piskiem psychofanki.

Za to o złych książkach mogłabym pisać miesiącami. Niestety o złych rzeczach w dobrych książkach też, przez co opinia może robić wrażenie negatywnej, nawet gdy książka mi się podobała. Przynajmniej takie mam doświadczenie z komentowania tekstów amatorskich i nie spodziewam się jakiejś drastycznej różnicy. Może tylko takiej, że po książkach wydanych więcej się spodziewam i jestem pozytywniej nastawiona, za to jeśli oczekiwania mnie zawiodą, jestem bardziej surowa, ponieważ ani nie muszę później rozmawiać bezpośrednio z autorem, ani nie ma on dyspensy z racji nauki (i bezpłatności posiadanego przeze mnie egzemplarza).

Tak długo już o tym myślę, że pewnie mimo wszystko prędzej czy później jakąś recenzję napiszę i wtedy dopiero przekonamy się, czy to dobry pomysł. Mam już nawet na oku dwie pozycje do zrecenzowania: "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewki, które czytałam już jakiś czas temu oraz "Necrosis. Przebudzenie" Jacka Piekary, które skończyłam ostatnio. Na pewno będziecie wiedzieli, za które się zabrałam, bo rzeczą, której w recenzjach nienawidzę chyba najbardziej, to sytuacja, gdy tytuł wpisu nie mówi mi, jaka książka będzie recenzowana.

Serio, czytam je tylko wtedy, kiedy przekieruje mnie do nich link z innej strony.




piątek, 5 stycznia 2018

Nowy rok, stara ja

Z okazji rozpoczęcia nowego szczęśliwego roku zdecydowałam się na prawdziwie nekromanckie działanie w postaci wskrzeszenia niniejszego bloga. Być może nie było on jeszcze tak zupełnie martwy, ale na pewno przydałaby mu się co najmniej reanimacja. Taka w ostatniej chwili.

Problemem nie jest to, że nie mam o czym pisać, że nie mam czasu pisać ani nawet, że nie chce mi się pisać czy nie mam na to siły. Problemem tkwi w fakcie, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy napisałam i usunęłam co najmniej kilkanaście wpisów, które z jakiegoś powodu wydały mi się nieodpowiednie lub zwyczajnie nie dość dobre. Tak więc postanowienie noworoczne brzmi - nie zniechęcać się.

Inne postanowienia noworoczne też mam, ale nie stworzyłam sobie dotychczas żadnej listy, nie wiem, czy powinnam. Bo z jednej strony takie sprecyzowanie własnych postanowień pomaga w ich dotrzymaniu, tak że nie jest to wieczna obietnica odchudzania "od jutra", ale z drugiej strony na takiej liście znajduje się zazwyczaj mnóstwo rzeczy, zarówno szczegółowych jak i bardzo ogólnych, z których połowa nie zostaje nigdy zrealizowana. A jeśli nawet, nikt się o tym nie dowiaduje, bo lista już w połowie stycznia ginie w zawierusze dziejów.

Gdybym miała wymienić trzy rzeczy, na których mi zależy w 2018r., byłoby to zaliczenie wszystkich egzaminów w sesji, schudnięcie na tyle by nie groziła mi już otyłość i żeby się wreszcie ogarnąć z pisaniem. Cokolwiek to znaczy. Pewnie mogłabym uznać, że oznacza to ukończenie powieści, nad którą teraz pracuję. Ale czy naprawdę zależy mi na tym akurat tekście? Lubię go, ale nie aż tak, by brnąć weń mimo wszelkich przeciwności. Gdy czuję nad sobą przymus, słowa spływają w męce.

Tak samo będzie z nauką. W jej przypadku oznaczałoby to pewnie naukę regularną, pilną i odpowiednio zaplanowaną. Postanowienie noworoczne mogłoby brzmieć: będę uczyć się codziennie. A co jeśli będę zajęta, wyjadę albo zwyczajnie zachoruję bądź prześpię cały dzień? Albo co jeśli przyjdzie ten moment, w którym na widok podręczników będę miała ochotę wymiotować? Nie wiem, czy jest sens się o to zabijać.

Postanowienie mogłoby też pewnie brzmieć: będę się uczyć prawie codziennie albo będę się uczyć poza stanami wyższej konieczności. Tylko co to znaczy? Mam wymienić wszystkie przypadki? A jeśli zajdzie coś, czego nie przewidziałam? No dobra, to może: będę się uczyć co najmniej dziesięć godzin tygodniowo. Obawiam się, że wówczas większość czasu spędziłabym na ustalaniu, ile się już uczyłam i ile jeszcze muszę się uczyć, a niewykluczone, że mierzyłabym też czas poświęcony na gapienie się w ścianę.

Dlatego może zostawmy postanowienia noworoczne, które, przynajmniej w moim odczuciu, służą auto-napominaniu, a od auto-napominania blisko już do samobiczowania. Może zajmijmy się wyzwaniami i tak spróbujmy o nich myśleć. Przede wszystkim nie mogą one polegać na wypominaniu sobie, że czegoś w zeszłych latach nie robiliśmy, choć może powinniśmy. (Z tego powodu wykluczam z wyzwań przeczytanie określonej liczby książek oraz pisanie bloga.) 

Ja na pewno chciałabym zbudować igloo. I to nie dlatego, że w zeszłym roku się nie udało (jakiś pies mi na nie nasrał, a potem je rozwalił). Nawet, gdyby w zeszłym roku się udało, w tym roku też bym budowała. Bo budowanie igloo jest fajne. Nawet, kiedy przeziębiasz się od spędzania kilku godzin dziennie na mrozie, a wszystkie mięśnie bolą cię od dźwigania śniegu.

I wiecie co? Tak odjąwszy wszystkie rzeczy, które "powinnam" zrobić, poza igloo właściwie niewiele zostaje. Ja to jestem jednak prostym człowiekiem.     

wtorek, 17 października 2017

Czy feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na trzecie piętro?

Feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na trzecie piętro - grzmi popularna pseudo-mądrość ludowa. Wielu już zabierało głos w tej sprawie, a ja pewnie przekonywać będę już przekonanych, ale mimo wszystko postanowiłam przeprowadzić krótką analizę powyższego stwierdzenia. Może przynajmniej pomogę komuś wytłumaczyć to opornym.

Feminizm to walka o równouprawnienie kobiet, a więc nasza pseudo-mądrość głosi, że walka o równouprawnienie kobiet kończy się tam, gdzie zaczyna się wnoszenie lodówki na trzecie piętro.

Idźmy dalej.

Na jaką kobiecą cechę w ma zwrócić uwagę to twierdzenie? Otóż, jakich wyjątków by nie podawać, przeciętna kobieta jest słabsza fizycznie od przeciętnego mężczyzny. Czyli walka o równouprawnienie kobiet kończy się tam, gdzie zaczyna się ich brak siły fizycznej.

Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć B.

Wniosek z przeprowadzonej analizy: ludziom słabym fizycznie nie należy się równouprawnienie, a więc powinni być oni dyskryminowani przez prawo oraz normy społeczne. Jakie grupy, oprócz kobiet, są w większości słabe fizycznie? (Tudzież: jacy mężczyźni są słabi fizycznie?) Dzieci. Emeryci. Niepełnosprawni. Chorzy. Czasem ludzie zwyczajnie drobni albo otyli.

Czyli:

Dzieci powinny być dyskryminowane. (Oczywiście, po części są, ale z tego na szczęście się wyrasta.)

Emeryci powinni być dyskryminowani. (Niektórzy prawicowi politycy powinni się nad sobą w takim razie zastanowić.)       

Niepełnosprawni oraz przewlekle chorzy powinni być dyskryminowani. ( Powiadam wam, uważajcie, o czym mówicie, bo możecie sami doświadczyć.)

Wszyscy, którzy odbiegają od wzorca silnego mężczyzny-wojownika powinni być dyskryminowani. (Powodzenia tym wszystkim panom z brzuszkiem, którzy się tak głupio wypowiadają.)

Proszę państwa, powinniśmy chyba w takim razie wrócić do form organizacji plemiennych. Na wiecu zbierali się jedynie mężczyźni zdolni do noszenia broni i nie mowa tu bynajmniej dosłownie o noszeniu ani już na pewno nie o broni palnej. Chodzi o walkę bronią białą, a do walki bronią białą trzeba mieć kondycję. Wiem, bo próbowałam.

Wniosek końcowy ( z analizy pseudo-mądrości): Każdy, kto chce mieć równe prawa, powinien wykazać się wpierw siłą i kondycją. 

Jesteście tego pewni? Ja nie. Nie wiem, czemu w dzisiejszych czasach, gdy nie musimy nieustannie bić się z sąsiadami, siła fizyczna miałaby być wyznacznikiem statusu społecznego.

środa, 27 września 2017

Jak dręczyć bohatera?

Mam taki ostatnio ból pisarski, że nie umiem dręczyć bohaterów. Zawsze wychodzi to jakoś karykaturalnie, może nawet kiczowato, a na pewno nie wzbudza odpowiednich emocji. A skoro nie umiem, muszę się nauczyć. Skoro muszę się nauczyć, tłukę myślami w ten problem, ile wlezie i myślę, że nawet do czegoś doszłam. Pewnie dla wielu doświadczonych wyjadaczy nie będzie to nic nowego, może nawet tylko ja potrzebowałam tak długiego namysłu, by to pojąć, ale mimo wszystko wynik mojego rozumowania postanowiłam opublikować.

Jak wiadomo, by czytelnik w ogóle martwił się losem bohatera, musi go lubić. Załóżmy jednak, że ten warunek udało nam się spełnić. Co dalej? No strach, smutek, sprzeciw. Powiedziałabym, że pisząc, trzeba docierać do lęków czytelnika. Niby najwyższą stawką jest życie, a największą przegraną śmierć, ale po pierwsze, śmierć na ogół zdarza się raz w życiu i zawsze komuś innemu. Po drugie, trudno jest napisać dobrą powieść, w której historia urywa się w połowie śmiercią głównego bohatera, więc czytelnik nie uwierzy, że zamierzasz położyć go trupem na pięćdziesiątej stronie. Zwłaszcza jeśli ma na półce jeszcze dwa tomy tej samej serii.

Dlatego innym sposobem krzywdzenia bohaterów jest kalectwo, jednak nie bez powodu ofiarą pisarzy najczęściej padają palce. (Przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia.) Wyobraźmy sobie, co gdyby dla odmiany odciąć bohaterowi nogi... No za daleko to on się nie wybierze, mocno ograniczając nam tym samym fabularne możliwości. A jak straci palec? Niby wysoka cena, bo strasznie jest mieć odcięte cokolwiek, ale utrata palca na ogół nie rzuca się cieniem na resztę naszego życia. No chyba, że kciuka, w dodatku prawego, ale nie pamiętam, bym spotkała się w literaturze z podobnym przypadkiem.

Z tej przyczyny bardzo zaskoczyło mnie na przykład (uwaga, spoiler) ucięcie prawej dłoni Jamie'ego Lannistera w "Grze o tron" (w serialu, nie wiem jak w książce). Jakby nie patrzeć, facet był rycerzem i to, o ile pamiętam, całkiem niezłym, a brak ręki niemal zupełnie go w tej dziedzinie skreśla. Niestety nadal nie byłoby to do wykorzystania w przypadku takiego Geralta z Rivii, bo nie wiem, o czym byśmy czytali, gdyby nasz wiedźmin stracił możliwość walki.

(Swoją drogą, zauważyłam, że prawie nie zdarza się, by ktoś wykastrował głównego bohatera, choć to w wielu przypadkach całkiem logiczna opcja. Sami pisarze też zdają się ją widzieć, w "Misery" Stephen King wydaje się wręcz tłumaczyć z niewykorzystania jej.)

Rzecz ma się podobnie z wszelkimi formami dręczenia psychicznego. Oczywiście efekt tych mniejszych urazów z czasem ustępuje, ale jeśli trzymaliśmy naszego bohatera przez dziesięć lat w ciemnej celi, byłoby słabo, gdyby od razu pobiegł ratować świat, wyrywać laski, studiować technologię obcych czy podbijać kluby nocne.   

Więc, co zrobić, żeby podręczyć naszego bohatera, nie musząc jednocześnie uniemożliwiać mu aktywnego uczestnictwa w scenach pełnych walk i pościgów? Dumam, dumam, dumam...

Po pierwsze, zdradzić.

Nie głównego bohatera - niech to on zdradza. Czyjeś zaufanie na przykład. Niech zmuszony zostanie, by zrobić komuś świństwo. Niech wszystkim się wydaje, że to on poszedł na układ z wrogiem, niech straci dobre imię. Niech zdradzi własne ideały, żeby ratować życie. Wielu ludzi powtarza, że nie obchodzi ich zdanie innych, ale nikt nie chciałby być uważany za mordercę czy pedofila. A już na pewno nikt nie chciałby stać się jednym z nich, gdyby miało to być wiadome dla wszystkich.

Czyli po drugie, pohańbić. Po trzecie zaś, zniszczyć.

Bogaci, wspływowi, potężni... Niech staną się nikim. Niech utracą wszystko, co czyniło ich wyjątkowymi. Niech choćby na chwilę staną do walki bez tego, co podarował im los, niech będą tylko sobą. A jeśli sami na to wszystko zapracowali? Tym lepiej. Niewiele jest gorszych rzeczy, niż obserwować, jak ktoś niszczy owoce naszej ciężkiej pracy, zwłaszcza jeśli praca ta zajęła nam całe życie. 

Dlatego myślę, że to coś, co czytelnikowi bardzo łatwo przełożyć na własne obawy, co wiąże się ze współczuciem. Nigdy chyba nie czytałam okropniejszej sceny niż ta w "Misery" (uwaga, spoiler), gdy Annie niszczy książkę Paula, nad którą pracował ostatnie dwa lata. Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, słabo mi się robi na samą myśl.

Ale zostawmy na moment naszą dręczycielską listę. Zastanówmy się. Na samym początku polubiliśmy tego jednego bohatera, jednak czy po tym wszystkim on nadal jest tym samym bohaterem? Moim zdaniem nie, traci część tożsamości, co mnie osobiście boli, część z was pewnie też, bo polubiliśmy naszego delikwenta jako całość. Nie jest już starym bibliotekarzem, jeśli ktoś mu spalił bibliotekę. Nie jest już paskudnym nekromantą, jeśli dołączył do inkwizycji.

A może jest? W tym kryje się chyba sedno zagadnienia.

To może, po czwarte, zmienić.

Co jeśli wszystko, w co bohater wierzył, okazało się kłamstwem? Albo on sam uznał dotychczasowe poglądy za błędne? I teraz dla odmiany nie zostaje zmuszony do porzucenia przeszłości, ale z własnej woli postanawia zostawić wszystko, co było dla niego ważne, zdradzić ideał, przyłączyć się do ciemnej strony i zostać nekromantą. Bez możliwości powrotu, z imieniem na samej górze czarnej listy... Pomyśleć, że niektórzy boją się zmiany nielubianej pracy.

A jeśli to właśnie ta decyzja będzie tą najgorszą? Cóż... Po piąte, ukarać.

Każdy - albo mam nadzieję, że każdy - pisarz wie, że życie bohaterów nie może się składać z samych sukcesów. Najlepiej, gdy sami są sobie winni. Nie myśleli o konsekwencjach? Niech cierpią. Byli nieuprzejmi dla spokojnej staruszki? Niech okaże się ich jedyną szansą na ocalenie. Jak powiadają, karma wraca.

Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by ukarać bohatera niesprawiedliwie. Za to, o co są pomawiani. Za to, co zrobili nieumyślnie. Za grzechy popełnione by chronić siebie lub innych. Niesprawiedliwa kara spotkała chyba każdego, każdy takich nie znosi, każdy się ich boi. A czym takim ukarać bohatera? Jest wiele opcji, a niektóre znajdziecie w poprzednich podpunktach.

Podobnie rzecz ma się z karą za rzeczy, które zrobiliśmy ze strachu. Okropnie jest uciekać przed koszmarem, wiedząc, że za tę ucieczkę spotka nas równie nieciekawa kara, prawda? Czyli po szóste, zastraszyć.

Byłoby bardzo przykro, gdyby główny bohater polując nocą na złodzieja we własnym domu, przez przypadek zabił własną żonę. Ale to wciąż tylko przez przypadek. Idźmy dalej. Co jeśli świadomie zrobi komuś krzywdę, ponieważ szantażują go ujawnieniem innej, często bardzo dawnej, zbrodni? Zamiast przyjąć karę, jeszcze mocniej obciąża sumienie. A jeśli, jak w punkcie piątym, nie zrobił nic złego, więc popełnia zbrodnie, żeby nie dosięgnęła go kara za coś, czego nie zrobił? Po tym wszystkim może się jeszcze okazać, że nie mieli żadnych dowodów - mają dopiero teraz.

Można te wszystkie rzeczy połączyć. Można też oszaleć... Kluczowym wydaje mi się jednak uruchomienie codziennych obaw czytelnika, tylko w większej skali.

Uff... To po tych jakże długich przemyśleniach muszę się jeszcze nauczyć stosować do własnych rad.



środa, 6 września 2017

Ideał cierpiącego artysty

Ktoś mnie ostatnio oskarżył o bycie artystką. W dodatku wrażliwą artystką, bo artysta musi być przecież wrażliwy. Wszystko przez to moje pisanie i na nic zdały się tłumaczenia, że ja nie z tych, co "widzą więcej, czują więcej", ja tylko piszę głupie fantasy o nekromantach i innych indywiduach lubujących się w magicznej rozpierdusze. Bywa, biorę to na klatę.

Ale dlaczego piszę o tym jako o oskarżeniu? Wielu ludziom artysta kojarzy się pozytywnie, jednak w moich uszach to synonim dla "jesteś niedojrzałym i przewrażliwionym atencjuszem". A wrażliwy artysta to już w ogóle koszmar... Na takie hasło pojawia mi się w głowie obraz romantycznego poety potrafiącego tworzyć tylko kiedy cierpi, bo samotność, nędza i niezrozumienie. Niestety w głowach wielu ludzi wizja ta wciąż funkcjonuje jako artystyczny ideał albo - co gorsza - jako wyobrażenie artystycznej codzienności.

Jednak gdybym napisała tutaj, że pisarz też człowiek, więc należy mu płacić, bo jeść i żyć za coś musi, powtórzyłabym po nieskończonej rzeszy blogerów i publicystów, którzy poruszali ten temat. Ba! Uznaję stwierdzenie, że za cudzą pracę należy płacić za oczywistość. Jeśli ktoś jeszcze nie zdążył tego zrozumieć, to już chyba nie zrozumie.

Zastanawiają mnie jednak te pozostałe rzeczy: samotność i niezrozumienie. Bo przecież jakby pisarze byli radośni i otoczeni przyjaciółmi, nie powstałoby nic wartościowego. A jak ktoś ma prawdziwy talent, będzie pisał choćby wszystkim wbrew, dumnie wypinając pierś i nigdy nie ugnie się pod pełną jadu opinią filistrów. 

Ta...

Ostatnio w książkach zaczęła uderzać mnie ilość podziękowań i wylewność dedykacji. Autorzy mają w zwyczaju wymieniać całe rzesze ludzi, którzy ich wspierali w drodze do realizacji projektu. Często widzi się też dedykacje rodzaju: Mamie/Babci/Cioci, która zawsze we mnie wierzyła. W wywiadach i na spotkaniach autorskich nieustannie pada pytanie o rodzinę i jej pomoc w procesie pisania. Deklarowana jest ono zadziwiająco często, a deklarujących trudno nazwać grafomanami.

Z mojego doświadczenia i obserwacji wynika więc, że cierpienie to ostatnia rzecz, która mogłaby przynieść wenę. Nie znam nikogo, kto miałby siłę pisać w ten sposób. Nie słyszałam o nikim, kto osiągnąłby sukces, użalając się nad sobą w samotności i klepiąc w mokrą od łez klawiaturę. Tak się chyba nie da tworzyć, nie da się tak żyć. Nie jestem w stanie uwierzyć, że te lata, które wielcy pisarze tworzyli cierpiąc, to były lata ich artystycznej świetności, a nie snucia depresyjnych myśli nad milczącą maszyną.

I kiedy dowiaduję się od ponurego człowieka, że jest osobą piszącą, nie widzę wrażliwego artysty, którego przytłacza mocniejsze od przeciętnego odczuwanie rzeczywistości. Widzę człowieka, który nic nie napisze. Na pewno nie dziś.