niedziela, 19 marca 2017

Bo kobiety piszą infantylnie...

Podobno kobiety czytają średnio więcej niż mężczyźni.

Podobno choć kobiety czytają więcej, rzadziej niż mężczyźni sięgają po bardziej wymagającą niż głupie romansidło lekturę.

Czy to znaczy, że kobiety są głupsze i mniej wymagające, więc czytają głupszą i mniej wymagającą literaturę? By odpowiedzieć na to pytanie, tymczasowo wyślijmy wszystkich czytelników romansów, harlequinów i tym podobnych na księżyc. Wysłani? To teraz znów sprawdźmy statystyki.

Być może mam złe informacje, ale powinna wyjść mniej więcej ta sama ilość, a może nawet liczba kobiet pozostanie większa, bo literackie papki dla mężczyzn o nagich femme fatale zdobywanych przez mięśniaków z dużymi yyy... mieczami wyróżniają się na półkach znacznie mniej niż tzw. "literatura kobieca" i nie zostały jeszcze uznane za pomiot czysto diabelski.  

Ale nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że przeczytałam przed chwilą artykuł o procentowej przewadze autorów nad autorkami i wpadłam w feministyczny szał, gdy ktoś z komentujących stwierdził, iż literatura kobiecego autorstwa jest po prostu za naiwna i niewielu chce ją czytać. To nie pierwszy raz, kiedy natykam się na podobną opinię, takie głosy można spotkać niemal wszędzie, jakby autorki zostały powszechnie spisane na straty. Wściekam się na to, bo sama piszę i ostatnia rzecz, jakiej bym chciała to odgórne uznanie mojej prozy za infantylną.

Bo jeśli romansidła są skierowane głównie do kobiet, to oczywiste, że piszą je kobiety. A romansideł pisze się dużo i masowo, więc - ta dam! - kobiety piszą tylko o miłości i tylko w sposób naiwny.

Ale pomyślmy - "umysłowymi odpowiednikami" kobiet zaczytujących się co dzień w harlequinach nie są wcale mężczyźni zaczytujący się co dzień, nie wiem, w Prouście, lecz ci dzień spędzający przed telewizorem lub komputerem. Tak jest, bo niektóre sposoby spędzania wolnego czasu przechodzą z matki na córkę, z ojca na syna i tak to się kręci przez pokolenia.

I nie tylko to się kręci.

Podejrzewam, że korzenie problemu sięgają czasów, kiedy po pióra sięgały dopiero pierwsze damy. Te kobiety nie były ani szczególnie wykształcone, ani nie wypadało im pisać o niektórych rzeczach. Ich czytelniczki nie były ani szczególnie wykształcone, ani im nie wypadało czytać o niektórych rzeczach, W ten sposób literatura kobieca zaczęła być utożsamiana z rzeczą niepoważną. Skoro to jest literatura kobieca, to w takim razie innej nie czytają, nie pisze się jej dla nich, a skoro nie pisze się jej dla kobiet, to po co w niej komu kobiety? Czemu nie napisać epickiego fantasy o napakowanych wojownikach, gdzie zacne niewiasty traktuje się niczym worek kartofli, co podoba się i jest na ogół akceptowane tylko przez mężczyzn, skoro i tak żadna kobieta nie będzie tego czytać?
I teraz literatura "męska" nie podoba się kobietom, więc jej nie czytają - czytają coś stworzonego z myślą także o nich, czyli "literaturę kobiecą". A skoro czytają literaturę kobiecą, nie ma sensu pisać... I tak w kółko.

W dodatku, skoro kobiety tworzą "literaturę kobiecą", pewnie każdą inną tworzyć będą w ten sam infantylny sposób. Więc po co ją czytać? Książki napisane przez kobiety się nie sprzedają, a skoro się nie sprzedają, nie ma sławnych nazwisk, a skoro nie ma sławnych nazwisk, nikt nie wie, jaka ta literatura jest w istocie...

Smutne, prawda?

Przyznam, że ja sama nie jestem bez winy, za każdym razem, kiedy widzę fantastykę napisaną przez kobietę, włącza mi się ostrzegawcza lampka, bo istnieje przecież jeszcze "kobiece fantasy" będące w istocie odpowiednikiem wspomnianych przeze mnie historii o napakowanych wojownikach. Strasznie to niesprawiedliwe tak oceniać kogoś po płci, chyba jeszcze gorzej niż unikać autorów polskich, bo Polska jest mała, a kobiety to połowa populacji tego globu.

Nie wiem, może przestańmy kisić się we własnym sosie i dajmy sobie wzajemnie szansę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz