poniedziałek, 27 marca 2017

Całe strony wstydu


Dzisiejsza młodzież jaka jest, każdy widzi. To znaczy głupia, rozwydrzona i gotowa sprzedać nerkę w zamian za smartphone'a czy inny wytwór cywilizacji facebookoholików. Popatrzcie na taką Krin i spróbujcie powiedzieć, że ona nie jest beznadziejna. Zamiast zapisywać swoje przemyślenia w różowym notesiku skrupulatnie ukrywanym pod poduszką, ona założyła sobie bloga i śmie na nim pisać o swoich dziecinnych przemyśleniach. Jest już wprawdzie pełnoletnia, ale tylko pełnoletnia, bo z tej pełnoletności nie wynika nawet możliwość samodzielnego usprawiedliwienia nieobecności szkolnych. Poza tym nawet jeśli teraz jest pełnoletnia, to wcześniej, gdy po raz pierwszy odważyła się wygłosić własne zdanie w internecie, z całą pewnością pełnoletnia nie była.

O tempora! O mores! Ani się obejrzycie, a zacznie tu wrzucać swoje "selfiki" i pisać o ciężkim życiu, braku zrozumienia oraz wyborze Korwina na urząd prezydenta. Wszystkie te blogujące nastolatki powinny natychmiast wrócić do kąta, zamiast kazić dorosły świat swoją obecnością.

Żadnych blogów, jazda na boisko, potem na domówki, a jak nikt ich nie zaprasza, to odrabiać lekcje i pomagać rodzicom. Powieści pisać mogą, ale niech się przynajmniej nie ośmieszają publicznie, bo pisarzami są tylko bardzo poważni ludzie bardzo daleka stąd. I mają wąsy. I brodę. A jeśli z jakiegoś powodu nie mają, to przynajmniej z poważnymi minami chleją wódę, by odnaleźć natchnienie.

A tak poważnie - pamiętam, jak mając lat koło dziewięciu pod wpływem młodzieńczego natchnienia postanowiłam, że napiszę powieść i natychmiast zaczęłam wcielać swój plan w życie. Gdyby moje działania nie spotkały się z reakcją, najpewniej napisałabym kilka stron, a wiekopomne dzieło szybko zagubiłoby się w pomroce dziejów. Ale reakcja była i to nieprzyjemna. Jeszcze nie rozumiałam wówczas, o co chodzi, nie potrafiłam też określić rozumowo, dlaczego pisanie jest czymś niewłaściwym, ale czułam, że objęty przeze mnie kurs jest kursem skazującym na potępienie.

Od tamtej pory wielokrotnie nachodziły mnie chęci, by pisać. Spędzałam całe dnie, wymyślając historie, ale nic nie zapisywałam, bo było mi zwyczajnie głupio. To znaczy zapisywałam, w zeszycie z najgłębszej szuflady i tylko wtedy, kiedy nikt nie widział. Zwłaszcza rodzeństwo, bo ono mogłoby powiedzieć rodzicom. Na pewno by powiedziało, rzecz jest w końcu tak żenująca, że aż zabawna.

Ale to pisanie było tylko w dobrych momentach, kiedy chwytała mnie ta czysta, dziecięca i nieskażona brakiem pewności siebie wena. Do dziś mam swój tajemny zeszyt pełen napoczętych tekstów pisanych na przestrzeni lat i chętnie poczytałabym, żeby zobaczyć niewątpliwy postęp, ale za bardzo się boję.

I tak minęło do gimnazjum. W gimnazjum trafiłam między radośnie klepiące w klawiaturę yaoistki oraz dziewczyny bez żenady deklarujące, iż właśnie są w trakcie pisania powieści. Ja im opowiadałam swoje historie, one mi swoje i wesoło mijał czas, aż nagle zdałam sobie sprawę, że jestem jedyną osobą w towarzystwie, która mimo snucia złożonych opowieści, żadnej nie zapisuje. Deklarowałam to otwarcie - ja swojej nie zapisuję, nie tłumacząc dlaczego.

Bo wiecie, pisanie powieści w gimnazjum to żenada.

Nie wiem, jak to się stało, że jedna z wyżej wspomnianych koleżanek wciągnęła mnie w forum literackie. Znacznie lepiej pamiętam więżącą mnie wówczas nieśmiałość, której w pewnym stopniu nie wyzbyłam się do dziś, ale do niczego nie jestem w stanie porównać bólu tamtych pierwszych prób i szczęścia znalezienia się w środowisku aspirujących pisarzy. (Ludzie, kocham Was.) Okazali się nagle być bardzo, bardzo blisko i przysięgam, że nic mi nie wiadomo o żadnej wódce.

Tak rozpoczęło się pisanie poważne i regularne, teksty nareszcie zaczęły mieć zakończenia, a kto kiedykolwiek próbował pisać, wie jaki to ogromny postęp. Więc co? Czy to koniec tej historii? Wszyscy żyli długo i szczęśliwie?

Nic bardziej mylnego.

Bardzo trudno jest utrzymać w sekrecie hobby zajmujące kilka godzin dziennie, gdy mieszka się z rodziną, więc prawda szybko wyszła na jaw. Skończyłam jedno opowiadanie, skończyłam drugie... To zachciało mi się pisać powieść i tą myślą w swej bezgranicznej ufności podzieliłam się z pierwszym napotkanym domownikiem. Wiecie jaka była reakcja? Słowa przytaczam niedokładnie, bo dziś zwyczajnie nie pamiętam, ale były tak samo konkretne:

"Tylko nie myśl, że tym się zajmiesz w życiu" - usłyszałam, zanim zdążyłam skończyć zdanie. Naprawdę. Przerwano mi, jakbym nabawiła się niebezpiecznej choroby, której atak należy bezzwłocznie powstrzymać.

Serio?

Chyba nawet nie potrafię tej sceny opisać słowami. To nie był niepokój! To była panika! Natychmiast przestań myśleć o pisaniu powieści - mówiły te oczy. Pisanie opowiadań nic nie znaczy, wielu zdarza się ten jakże żenujący epizod, ale pisanie powieści to już stanowczo zbyt dużo. Kiedy człowiek zaczyna pisać powieść, to znak, że młodzieńcza głupota wyrwała się spod kontroli.

Byłam już wówczas przyzwyczajona do for literackich, poradników pisania i blogów w tejże tematyce, więc do głowy mi nie przyszła taka reakcja. Wybrnęłam z sytuacji, tłumacząc jednym tchem, że powieść chcę napisać dla siebie i w ogóle to przysięgam, że nigdy nawet nie pomyślę o zostaniu pisarzem, skończę prawo i zrobię karierę. Wielką karierę.

To oczywiście nie był koniec tej batalii. Po pierwsze, pisanie zabiera mi czas na naukę. Już nie robią tego gry komputerowe ani internet. Siedzenie w szkole do szesnastej, gdy może na jednej czy dwóch lekcjach w jakikolwiek sposób poszerzam swoją wiedzę nie zabiera mi czasu na naukę - robi to, często niepełna, godzina pisania. Bo przecież pisanie nie uczy. Nie rozwija. Pisanie to wdychanie oparów weny i przelewanie na papier strumienia świadomości.

Ale rzecz naprawdę zabawna miała dopiero nadejść. Któregoś wieczora, ni stąd ni zowąd, od wydawałoby się całkiem trzeźwo myślącej i bliskiej mi osoby dowiedziałam się, że istnieje jeszcze jedno ryzyko - popadnę w konflikt z prawem i pójdę do więzienia, bo będę chciała zobaczyć, jak to jest, w końcu pisarz wszystkiego musi doświadczyć na własnej skórze. Gdybym nie była tak zszokowana, ryknęłabym śmiechem. Teraz mam ochotę.

A skąd wspomniana osoba wie, co się tym pisarzom kotłuje pod czaszką? Otóż istnieje taki serial jak "Californication" opowiadający o mężczyźnie, który napisał jedną książkę i dalej wena mu się skończyła, więc, żeby się odblokować zażywa przygodnego seksu, alkoholu i narkotyków. Nie oglądałam, nie wiem, czy to dobry czy słaby serial. Wiem, że to ten argument, nie pobyt w więzieniu, zmienił moje postrzeganie świata.

Nie wiem, może ja naprawdę wyglądam na marzycielkę gotową rzucić studia i iść do więzienia dla sztuki. Może cała młodzież na taką wygląda i stąd przekonanie, że jeśli już podzieli się jakimś poglądem, będzie to pogląd bezkreśnie naiwny. Problemem nie jest nawet opinia innych, bo jeśli jesteś idiotą prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Problem mają ludzie tacy jak ja, którzy słuchają takich opinii całe życie i naprawdę zaczynają wierzyć, że są za głupi i nie mają prawa ani pisać, ani wyrażać własnych poglądów.

Każdy publikowany w internecie utwór to dla mnie wstyd i wątpliwości - czy nie jestem aby tylko nastoletnią grafomanką, która zgrywa artystkę? Podobnie jest z każdym publikowanym na tym blogu wpisem. Bo co jeśli ludzie powiedzą mi: "Wracaj do szkoły, może tam zmądrzejesz."?

Na szczęście nikt tak jeszcze nie powiedział. Przeciwnie. W przypadku opowiadań słyszę nieśmiertelne: "Naprawdę dobrze piszesz... jak na swój wiek." Często zastanawiam się, jak w takim razie piszą moi rówieśnicy. Można by się upierać, że wcale nie piszą, skoro ich nie widać, ale przecież co drugi pisarz deklaruje, że zaczął pisać najpóźniej w szkole średniej. Może ich nie widać, bo niczym się nie wyróżniają?  

Tak czy inaczej, pragnę wam bezwstydnie oświadczyć, że jestem może nie dorosła, ale przynajmniej pełnoletnia i nie dosyć, że będę uparcie prowadzić bloga, to zamierzam zostać pisarzem. Może nie rzucę z tego powodu studiów, ale nikt nie zabroni mi nieustannej praktyki i sformułowania tego celu wprost. Szansa jeden na milion, ale nawet jeśli nie zostanę tym jednym, milionem też ktoś przecież musi być, inaczej literatura już dawno zeszłaby na dno.

Tylko nie mówcie mojej rodzinie ;) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz