poniedziałek, 10 kwietnia 2017

A po maturze idę na lewo

Nie wiem, jak to się stało, ale już w szkole podstawowej okazałam się jedynym członkiem rodziny szczerze zainteresowanym historią. A jakie znacie "dobre" studia, na których przyda się historia? Prawo! Prawo! Prawo! Miałam ledwie dwanaście lat, szłam dopiero do gimnazjum, a moja rodzina już wiedziała, że pójdę na prawo. I nie, nie pochodzę z rodziny prawniczej, ale po części lekarskiej. Wiadomo, prawo i medycyna to dwa według powszechnego mniemania elitarne kierunki.

Ja sama chciałam zostać lekarką właśnie, co było przyjmowane ze zdziwieniem, bo przecież... Prawo! Prawo! Prawo! Jednak do biol-chemu nie poszłam, bowiem problemy skórne w jakiejkolwiek specjalności zabiegowej zmieniłyby moje życie w koszmar.

Dla niewtajemniczonych - aktualnie obowiązujący system zakłada, że klasy o profilach niezawierających takich przedmiotów jak chemia, biologia, fizyka, historia czy WOS kończą swoją edukację w danym zakresie na pierwszej klasie liceum. Przewidziane są przedmioty uzupełniające - przyroda oraz HiS (Historia i społeczeństwo) i nie tylko brzmi to jak powtórka z podstawówki, ale dokładnie na takim jest poziomie. "Notują tylko ci, którzy nie pamiętają tego z przedszkola" - powiedział nam nauczyciel podczas lekcji o układzie słonecznym.

W praktyce powyższe oznacza, że w trzeciej klasie gimnazjum, czyli w wieku lat piętnastu, trzeba już mniej więcej wiedzieć, co ma się zamiar robić w wieku lat dwudziestu pięciu. Ja akurat byłam wówczas dobra z polskiego i historii. Wyrok: human. A jakie są sensowne kierunki studiów po humanie? Prawo! Prawo! Prawo!

Więc poszłam do klasy dumnie zwanej prawniczą i odtąd cały świat próbuje mi powiedzieć, że popełniłam największy błąd w swoim życiu, a prawo to najbardziej obciachowy i bezużyteczny kierunek pod słońcem, po którym będę mogła pracować co najwyżej w call center za psie pieniądze. Nie ma książki, której bym nie otworzyła, strony internetowej, na którą bym nie zajrzała ani człowieka, któremu nie powiedziałabym o swoich planach, żeby nie dowiedzieć się o o fatalności swojej decyzji.

Oto kilka przykładów.


Z podręcznika do angielskiego (tekst nosi tytuł "Letter to my teenage self"):
"Take your time deciding what career to do - I wish I had done more research into what it's really like to be a lawyer. If i hadn't studied law, I would have found my real career as an actor."
 Z "Informatora maturzystów 2017":
"Prawo należy do kierunków najtrudniejszych i niezbyt pasjonujących dla laika, dlatego kandydaci o niskiej motywacji do wykonywania tego zawodu powinni się dobrze zastanowić nad wyborem kierunku."
Z artykułu "Fenomen gówno wartych prac" David'a Rolfe'a Graeber'a (nie wiem, co to za gość, ale świetnie sformułował, to, co czuję od dawna):
"Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. "
Z powieści "Małe życie" Hanyi Yanagihary (dawno nic mnie tak nie zdołowało):
"W ten sposób uczelnia prawnicza łamie umysły. Powieściopisarze, poeci i artyści zazwyczaj nie radzą sobie dobrze na studiach prawniczych (chyba, że są złymi powieściopisarzami, poetami i artystami)"
Z podręcznika do historii, ściśle z podpisu pod portretem:
"Honore de Balzac, jeden z czołowych pisarzy XIXw., dla pisarstwa porzucił studia prawnicze, na które wysłał go ojciec."
Przypadek? Nie sądzę...

Oczywiście to są tylko te przykłady, które najmocniej zapadły mi w pamięć, w większości przez pojawienie się w nieoczekiwanych miejscach. Ale internet da wam więcej powodów, nawet całe listy. Nawet z mojej szkoły uważanej powszechnie za miejscową "kuźnię prawników" prawie nikt nie wybiera się na ten kierunek, wszyscy wiedzą, że nie ma sensu.

A ja? Czemu skoro wszyscy wiedzą, ja nie wiem? Wiem, ale nie dosyć, że nie mam pomysłu, co innego mogłabym robić, czuję się pod presją otoczenia lubiącego powtarzać, że idealnie nadaję się do tej pracy. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie często przyjmuje formę obelgi, więc nie będę powtarzać, bo hej, to jest zwyczajnie przykre.

Jeśli zaś sama miałabym mówić o swoich predyspozycjach w tym względzie, rzec mogę jedynie, że zdarza mi się wyszukiwać rozsądne argumenty w dyskusjach z nauczycielami częściej niż przeciętnemu uczniowi.

Szkoda, że tak rzadko we własnej sprawie...  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz