niedziela, 30 kwietnia 2017

Matura, czyli wiem, że nic nie wiem

Mam nadzieję, że nie spisaliście mnie na straty jako jednego z tych blogerów, którzy pojawiają się na kilka tygodni, by zaraz zniknąć w odmętach codzienności i braku weny. Jeszcze się trzymam. Chętnie powiedziałabym, że nie odzywam się, bo nauka do matury pochłania cały mój czas. Ha, ha, ha... Chciałabym. 

Za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że matura pochłania całą moją siłę życiową. Trudno się zajmować innymi tematami, gdy co chwilę wzrok zawisa na podręcznikach okupujących całe pomieszczenie. Lepiej też nie ryzykować - rzecz wrzucona do internetu zostaje w nim na zawsze, a w tym przypadku będzie to świadectwo, jak to Krin siedzi przed komputerem zamiast się uczyć. Najbardziej wyrzucać będzie sobie te chwile ona sama, zwłaszcza, że znajduje się na najgorszym etapie nauki:

Wiem, że nic nie wiem.

Na ogół etap ten załącza mi się zaraz po etapie "wiem wszystko i aż wam gacie spadną przy sprawdzaniu", co czyni go podwójnie trudnym do zniesienia. Spotkałam się kiedyś z bardzo optymistyczną opinią, że jeśli uczeń wie, że nic nie wie, to znak - nauka przyniosła efekty, teraz tylko wio na egzamin. W końcu Sokrates wiedzą, że nic nie wie, zasłużył sobie na miano najmądrzejszego z Greków.

Ja jednak nie mam w sobie tyle optymizmu co wyrocznia delficka. Mam wrażenie, że zawaliłam. Jestem teraz po trzech godzinach nauki, a już czuję się zmęczona. Pff! Jak się będę uczyć dziesięć, pogadamy... Zostały trzy dni, w ciągu których mam jeszcze masę do zrobienia i czuję, że mogłam się za to zabrać wcześniej. Wprawdzie wcześniej robiłam inne rzeczy, ale mogłam... Mogłam też mniej spać. Mogłam zamiast czytać książki w komunikacji miejskiej, uczyć się w tym czasie. Mogłam darować sobie niektóre wizyty towarzyskie. Mogłam tyle nie siedzieć w internecie. Mogłam nie zajmować się pisaniem powieści...

Czy naprawdę mogłam? Pojęcia nie mam. Teoretycznie każdy musi od czasu do czasu odpocząć. Teoretycznie jestem jedną z najlepszych uczennic jednego z najlepszych liceów w Polsce i jeśli ja się przejmuję, reszta powinna srać po gaciach. Wszystko teoretycznie. Naprawdę pewna własnej wspaniałości będę dopiero, gdy powali mnie widok świadectwa maturalnego. Do tego czasu zostaje mi samobiczowanie, ponieważ na przykład za cholerę nie potrafię sobie przypomnieć treści przywileju jedleńsko-krakowskiego nadanego polskiej szlachcie przez Władysława Jagiełłę w 1430 roku. Tragedia.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz