poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ostatni miesiąc

Coś od wielu miesięcy wisi w powietrzu, przylepia się do ciała i spędza sen z powiek. Ogłupiając trwogą, pełznie na języki, by zawładnąć umysłami i przejąć kontrolę nad kilkoma tysiącami uczniów, rodziców, nauczycieli oraz dyrektorów szkół.

Matura.

Bynajmniej nikt nie jest zaskoczony jak drogowcy zimą. Przeciwnie. Słyszę o maturze od samego początku liceum. Już pierwszego września trzy lata temu jasne było, że cała edukacja ma tylko jeden cel - maturę. Nic, czego nie będzie na maturze, nie ma prawa znaleźć się w programie lekcji, a już na pewno nie na sprawdzianie. O ile za przeprowadzane pod maturę sprawdziany nie mam pretensji, to za rozsiewaną paranoję jak najbardziej.

Jakiś student powinien wyśmiać naszą histerię, wszak matura w porównaniu do sesji to śmiech na sali. Maturę każdy głupi zda. Nawet dla mnie, tegorocznej maturzystki, płacze jakoby ktoś miałby nie zdać matury są po prostu żenujące. Trzeba być albo nieskończenie głupim, albo mieć nieskończenie wielkiego pecha, na przykład przez lapsus popełnić tzw."błąd kardynalny", który zeruje na polskim całą pracę, a to chyba nie przy każdym temacie jest nawet możliwe.

Inna sprawa, że poza zdaniem liczy się wynik.

Założę się też, że studentów nie katują każdą sesją trzy lata, nie wmawiają, że jeśli coś pójdzie nie tak, czeka ich zmywak, mop i czeluście piekielne. Rodzice nie siedzą nad nimi i nie każą się uczyć, nauczyciele ich nie ścigają, rodzina nie wypytuje o przygotowania przy świątecznym stole. Ostatnio odkryłam, że choć jestem potwornie zmęczona, wcale nie męczy mnie nauka, bo wcale się nie uczę, nie mam siły. Męczy mnie całe to myślenie o maturze, zamartwianie się i gromy za lenistwo.

Ostatnio usłyszałam, że jeśli mam czas, by siedzieć na forum literackim, to znak, że za mało się uczę. Nie powinnam mieć tyle czasu, nie powinnam prowadzić bloga, nie powinnam spać i oddychać, ale całe swoje życie podporządkować jednemu wysiłkowi - jak najlepszemu zdaniu matury. Im więcej słyszę takich opinii, tym mniej i z większym trudem się uczę. Jeśli faktycznie nie dostanę się na wybrane studia, będę o to obwiniać wyłącznie ten bezmyślnie klepiący pouczenia chór.

Dlaczego tak jest? Przypuszczam, że straszy ten, kto się najbardziej boi. Dyrekcja boi się słabych wyników, więc straszy nauczycieli. Źli nauczyciele nie przemieniają się magicznie w dobrych, tylko straszą rodziców i uczniów. Dodatkowo rodzice straszą dzieci i proszę bardzo - cały ten tłum spogląda nieszczęsnemu uczniowi na ręce, czy przypadkiem nie pozwolił sobie na jakąś rozrywkę.  

Założę się, że nikt nie ma takich problemów z nauką jak człowiek terroryzowany i nieustannie wybijany z obranego rytmu, a nauczyciele jak na złość biorą się do robienia sprawdzianów, by mieć pewność, że wszystko umiemy. Wiecie co? Niczego tak nie znoszę, jak sprawdzianu ze współczesności w momencie, w którym przerabiam tematy chronologicznie i jestem dopiero w oświeceniu.

O tym, że na wielu lekcjach dzieją się już tylko jakieś bzdury, a my musimy chodzić, bo trzeba mieć minimum 50% obecności już nawet nie wspomnę. Kto ma czas na szkołę, kiedy matura za miesiąc?

Nie wiem, jak to podsumować, ostatnio tak mało czytam przez tę hecę, że już mi słów brak. Mam tylko prośbę - dajcie się maturzystom uczyć w spokoju i nie próbujcie naciskać, bo oni naprawdę wiedzą, co robią. A jeśli nie wiedzą, nic już nie zdoła pomóc.

       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz