środa, 6 września 2017

Ideał cierpiącego artysty

Ktoś mnie ostatnio oskarżył o bycie artystką. W dodatku wrażliwą artystką, bo artysta musi być przecież wrażliwy. Wszystko przez to moje pisanie i na nic zdały się tłumaczenia, że ja nie z tych, co "widzą więcej, czują więcej", ja tylko piszę głupie fantasy o nekromantach i innych indywiduach lubujących się w magicznej rozpierdusze. Bywa, biorę to na klatę.

Ale dlaczego piszę o tym jako o oskarżeniu? Wielu ludziom artysta kojarzy się pozytywnie, jednak w moich uszach to synonim dla "jesteś niedojrzałym i przewrażliwionym atencjuszem". A wrażliwy artysta to już w ogóle koszmar... Na takie hasło pojawia mi się w głowie obraz romantycznego poety potrafiącego tworzyć tylko kiedy cierpi, bo samotność, nędza i niezrozumienie. Niestety w głowach wielu ludzi wizja ta wciąż funkcjonuje jako artystyczny ideał albo - co gorsza - jako wyobrażenie artystycznej codzienności.

Jednak gdybym napisała tutaj, że pisarz też człowiek, więc należy mu płacić, bo jeść i żyć za coś musi, powtórzyłabym po nieskończonej rzeszy blogerów i publicystów, którzy poruszali ten temat. Ba! Uznaję stwierdzenie, że za cudzą pracę należy płacić za oczywistość. Jeśli ktoś jeszcze nie zdążył tego zrozumieć, to już chyba nie zrozumie.

Zastanawiają mnie jednak te pozostałe rzeczy: samotność i niezrozumienie. Bo przecież jakby pisarze byli radośni i otoczeni przyjaciółmi, nie powstałoby nic wartościowego. A jak ktoś ma prawdziwy talent, będzie pisał choćby wszystkim wbrew, dumnie wypinając pierś i nigdy nie ugnie się pod pełną jadu opinią filistrów. 

Ta...

Ostatnio w książkach zaczęła uderzać mnie ilość podziękowań i wylewność dedykacji. Autorzy mają w zwyczaju wymieniać całe rzesze ludzi, którzy ich wspierali w drodze do realizacji projektu. Często widzi się też dedykacje rodzaju: Mamie/Babci/Cioci, która zawsze we mnie wierzyła. W wywiadach i na spotkaniach autorskich nieustannie pada pytanie o rodzinę i jej pomoc w procesie pisania. Deklarowana jest ono zadziwiająco często, a deklarujących trudno nazwać grafomanami.

Z mojego doświadczenia i obserwacji wynika więc, że cierpienie to ostatnia rzecz, która mogłaby przynieść wenę. Nie znam nikogo, kto miałby siłę pisać w ten sposób. Nie słyszałam o nikim, kto osiągnąłby sukces, użalając się nad sobą w samotności i klepiąc w mokrą od łez klawiaturę. Tak się chyba nie da tworzyć, nie da się tak żyć. Nie jestem w stanie uwierzyć, że te lata, które wielcy pisarze tworzyli cierpiąc, to były lata ich artystycznej świetności, a nie snucia depresyjnych myśli nad milczącą maszyną.

I kiedy dowiaduję się od ponurego człowieka, że jest osobą piszącą, nie widzę wrażliwego artysty, którego przytłacza mocniejsze od przeciętnego odczuwanie rzeczywistości. Widzę człowieka, który nic nie napisze. Na pewno nie dziś.    

  



   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz