środa, 27 września 2017

Jak dręczyć bohatera?

Mam taki ostatnio ból pisarski, że nie umiem dręczyć bohaterów. Zawsze wychodzi to jakoś karykaturalnie, może nawet kiczowato, a na pewno nie wzbudza odpowiednich emocji. A skoro nie umiem, muszę się nauczyć. Skoro muszę się nauczyć, tłukę myślami w ten problem, ile wlezie i myślę, że nawet do czegoś doszłam. Pewnie dla wielu doświadczonych wyjadaczy nie będzie to nic nowego, może nawet tylko ja potrzebowałam tak długiego namysłu, by to pojąć, ale mimo wszystko wynik mojego rozumowania postanowiłam opublikować.

Jak wiadomo, by czytelnik w ogóle martwił się losem bohatera, musi go lubić. Załóżmy jednak, że ten warunek udało nam się spełnić. Co dalej? No strach, smutek, sprzeciw. Powiedziałabym, że pisząc, trzeba docierać do lęków czytelnika. Niby najwyższą stawką jest życie, a największą przegraną śmierć, ale po pierwsze, śmierć na ogół zdarza się raz w życiu i zawsze komuś innemu. Po drugie, trudno jest napisać dobrą powieść, w której historia urywa się w połowie śmiercią głównego bohatera, więc czytelnik nie uwierzy, że zamierzasz położyć go trupem na pięćdziesiątej stronie. Zwłaszcza jeśli ma na półce jeszcze dwa tomy tej samej serii.

Dlatego innym sposobem krzywdzenia bohaterów jest kalectwo, jednak nie bez powodu ofiarą pisarzy najczęściej padają palce. (Przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia.) Wyobraźmy sobie, co gdyby dla odmiany odciąć bohaterowi nogi... No za daleko to on się nie wybierze, mocno ograniczając nam tym samym fabularne możliwości. A jak straci palec? Niby wysoka cena, bo strasznie jest mieć odcięte cokolwiek, ale utrata palca na ogół nie rzuca się cieniem na resztę naszego życia. No chyba, że kciuka, w dodatku prawego, ale nie pamiętam, bym spotkała się w literaturze z podobnym przypadkiem.

Z tej przyczyny bardzo zaskoczyło mnie na przykład (uwaga, spoiler) ucięcie prawej dłoni Jamie'ego Lannistera w "Grze o tron" (w serialu, nie wiem jak w książce). Jakby nie patrzeć, facet był rycerzem i to, o ile pamiętam, całkiem niezłym, a brak ręki niemal zupełnie go w tej dziedzinie skreśla. Niestety nadal nie byłoby to do wykorzystania w przypadku takiego Geralta z Rivii, bo nie wiem, o czym byśmy czytali, gdyby nasz wiedźmin stracił możliwość walki.

(Swoją drogą, zauważyłam, że prawie nie zdarza się, by ktoś wykastrował głównego bohatera, choć to w wielu przypadkach całkiem logiczna opcja. Sami pisarze też zdają się ją widzieć, w "Misery" Stephen King wydaje się wręcz tłumaczyć z niewykorzystania jej.)

Rzecz ma się podobnie z wszelkimi formami dręczenia psychicznego. Oczywiście efekt tych mniejszych urazów z czasem ustępuje, ale jeśli trzymaliśmy naszego bohatera przez dziesięć lat w ciemnej celi, byłoby słabo, gdyby od razu pobiegł ratować świat, wyrywać laski, studiować technologię obcych czy podbijać kluby nocne.   

Więc, co zrobić, żeby podręczyć naszego bohatera, nie musząc jednocześnie uniemożliwiać mu aktywnego uczestnictwa w scenach pełnych walk i pościgów? Dumam, dumam, dumam...

Po pierwsze, zdradzić.

Nie głównego bohatera - niech to on zdradza. Czyjeś zaufanie na przykład. Niech zmuszony zostanie, by zrobić komuś świństwo. Niech wszystkim się wydaje, że to on poszedł na układ z wrogiem, niech straci dobre imię. Niech zdradzi własne ideały, żeby ratować życie. Wielu ludzi powtarza, że nie obchodzi ich zdanie innych, ale nikt nie chciałby być uważany za mordercę czy pedofila. A już na pewno nikt nie chciałby stać się jednym z nich, gdyby miało to być wiadome dla wszystkich.

Czyli po drugie, pohańbić. Po trzecie zaś, zniszczyć.

Bogaci, wspływowi, potężni... Niech staną się nikim. Niech utracą wszystko, co czyniło ich wyjątkowymi. Niech choćby na chwilę staną do walki bez tego, co podarował im los, niech będą tylko sobą. A jeśli sami na to wszystko zapracowali? Tym lepiej. Niewiele jest gorszych rzeczy, niż obserwować, jak ktoś niszczy owoce naszej ciężkiej pracy, zwłaszcza jeśli praca ta zajęła nam całe życie. 

Dlatego myślę, że to coś, co czytelnikowi bardzo łatwo przełożyć na własne obawy, co wiąże się ze współczuciem. Nigdy chyba nie czytałam okropniejszej sceny niż ta w "Misery" (uwaga, spoiler), gdy Annie niszczy książkę Paula, nad którą pracował ostatnie dwa lata. Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, słabo mi się robi na samą myśl.

Ale zostawmy na moment naszą dręczycielską listę. Zastanówmy się. Na samym początku polubiliśmy tego jednego bohatera, jednak czy po tym wszystkim on nadal jest tym samym bohaterem? Moim zdaniem nie, traci część tożsamości, co mnie osobiście boli, część z was pewnie też, bo polubiliśmy naszego delikwenta jako całość. Nie jest już starym bibliotekarzem, jeśli ktoś mu spalił bibliotekę. Nie jest już paskudnym nekromantą, jeśli dołączył do inkwizycji.

A może jest? W tym kryje się chyba sedno zagadnienia.

To może, po czwarte, zmienić.

Co jeśli wszystko, w co bohater wierzył, okazało się kłamstwem? Albo on sam uznał dotychczasowe poglądy za błędne? I teraz dla odmiany nie zostaje zmuszony do porzucenia przeszłości, ale z własnej woli postanawia zostawić wszystko, co było dla niego ważne, zdradzić ideał, przyłączyć się do ciemnej strony i zostać nekromantą. Bez możliwości powrotu, z imieniem na samej górze czarnej listy... Pomyśleć, że niektórzy boją się zmiany nielubianej pracy.

A jeśli to właśnie ta decyzja będzie tą najgorszą? Cóż... Po piąte, ukarać.

Każdy - albo mam nadzieję, że każdy - pisarz wie, że życie bohaterów nie może się składać z samych sukcesów. Najlepiej, gdy sami są sobie winni. Nie myśleli o konsekwencjach? Niech cierpią. Byli nieuprzejmi dla spokojnej staruszki? Niech okaże się ich jedyną szansą na ocalenie. Jak powiadają, karma wraca.

Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by ukarać bohatera niesprawiedliwie. Za to, o co są pomawiani. Za to, co zrobili nieumyślnie. Za grzechy popełnione by chronić siebie lub innych. Niesprawiedliwa kara spotkała chyba każdego, każdy takich nie znosi, każdy się ich boi. A czym takim ukarać bohatera? Jest wiele opcji, a niektóre znajdziecie w poprzednich podpunktach.

Podobnie rzecz ma się z karą za rzeczy, które zrobiliśmy ze strachu. Okropnie jest uciekać przed koszmarem, wiedząc, że za tę ucieczkę spotka nas równie nieciekawa kara, prawda? Czyli po szóste, zastraszyć.

Byłoby bardzo przykro, gdyby główny bohater polując nocą na złodzieja we własnym domu, przez przypadek zabił własną żonę. Ale to wciąż tylko przez przypadek. Idźmy dalej. Co jeśli świadomie zrobi komuś krzywdę, ponieważ szantażują go ujawnieniem innej, często bardzo dawnej, zbrodni? Zamiast przyjąć karę, jeszcze mocniej obciąża sumienie. A jeśli, jak w punkcie piątym, nie zrobił nic złego, więc popełnia zbrodnie, żeby nie dosięgnęła go kara za coś, czego nie zrobił? Po tym wszystkim może się jeszcze okazać, że nie mieli żadnych dowodów - mają dopiero teraz.

Można te wszystkie rzeczy połączyć. Można też oszaleć... Kluczowym wydaje mi się jednak uruchomienie codziennych obaw czytelnika, tylko w większej skali.

Uff... To po tych jakże długich przemyśleniach muszę się jeszcze nauczyć stosować do własnych rad.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz