poniedziałek, 29 stycznia 2018

A może by tak recenzję?

Blogosfera książkowa obfituje w całą masę, lepszych lub gorszych, recenzji - jeśli wierzyć obiegowej opinii, głównie gorszych. Dużo się mówi o wylewaniu hejtu, braku argumentacji, niepoprawnej polszczyźnie, a nawet o nieczytaniu książek, które się recenzuje i tym podobnych kuriozach.

Jednak mimo wszystko Krin chciałaby dołączyć do grona recenzentów, przynajmniej tych przygodnych, bo nie zamierzam tak mocno zawężać sfery swojej internetowej działalności. Ale dlaczego chciałabym? Mniej więcej z tych samych powodów, dla których założyłam sobie bloga - często mam ochotę podzielić się z kimś jakąś myślą, ale tak jakoś nie ma okazji, środków, rozmowa szybko schodzi na inny temat, zanim ten zostanie wyczerpany. Poza tym dużo łatwiej formułuje mi się myśli podczas pisania, niż podczas mówienia. Dużo rzadziej o czymś zapominam i dużo rzadziej się gubię.

Więc na co czekać?

Po pierwsze, nie jestem pewna czy ja w ogóle lubię czytać recenzję, a nieco dziwne wydaje mi się pisanie czegoś, czego nie lubi się czytać. To trochę jak z tymi wszystkimi "poetami", którzy trzaskają utworów co nie miara, a sami z poezją mieli do czynienia ostatnim razem w liceum. Albo jak z tymi wszystkimi "pisarzami", którzy chcą napisać książkę, bo obejrzeli fajny film. Ale z drugiej strony... Może właśnie w tym tkwi problem, że faktycznie jest, jak wszyscy mówią - większość recenzji pisze się na kolanie i bardziej przypominają one streszczenia. Osobiście nie znoszę streszczania fabuły, mam wrażenie, że potykam się o nie niemal wszędzie - nie całej książki, ale przynajmniej pierwszej ćwiartki. W dodatku to streszczanie wydaje mi się często wymuszone i niezręczne, jakby ktoś chciał odhaczyć najważniejsze punkty.

I tu pojawia się mój drugi problem - skąd pewność, że moje własne recenzje będą w jakikolwiek sposób lepsze od tych powszechnie krytykowanych? Zwłaszcza tych najlepszych. Moją ulubioną jest aktualnie "Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu" Anny Lange, ale jest to opinia absolutnie nieobiektywna, bo też nie należy ode mnie wymagać, abym traktowała powieść o uroczym nekromancie w sposób obiektywny i zrecenzowała ją czymś więcej niż histerycznym piskiem psychofanki.

Za to o złych książkach mogłabym pisać miesiącami. Niestety o złych rzeczach w dobrych książkach też, przez co opinia może robić wrażenie negatywnej, nawet gdy książka mi się podobała. Przynajmniej takie mam doświadczenie z komentowania tekstów amatorskich i nie spodziewam się jakiejś drastycznej różnicy. Może tylko takiej, że po książkach wydanych więcej się spodziewam i jestem pozytywniej nastawiona, za to jeśli oczekiwania mnie zawiodą, jestem bardziej surowa, ponieważ ani nie muszę później rozmawiać bezpośrednio z autorem, ani nie ma on dyspensy z racji nauki (i bezpłatności posiadanego przeze mnie egzemplarza).

Tak długo już o tym myślę, że pewnie mimo wszystko prędzej czy później jakąś recenzję napiszę i wtedy dopiero przekonamy się, czy to dobry pomysł. Mam już nawet na oku dwie pozycje do zrecenzowania: "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewki, które czytałam już jakiś czas temu oraz "Necrosis. Przebudzenie" Jacka Piekary, które skończyłam ostatnio. Na pewno będziecie wiedzieli, za które się zabrałam, bo rzeczą, której w recenzjach nienawidzę chyba najbardziej, to sytuacja, gdy tytuł wpisu nie mówi mi, jaka książka będzie recenzowana.

Serio, czytam je tylko wtedy, kiedy przekieruje mnie do nich link z innej strony.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz