piątek, 5 stycznia 2018

Nowy rok, stara ja

Z okazji rozpoczęcia nowego szczęśliwego roku zdecydowałam się na prawdziwie nekromanckie działanie w postaci wskrzeszenia niniejszego bloga. Być może nie było on jeszcze tak zupełnie martwy, ale na pewno przydałaby mu się co najmniej reanimacja. Taka w ostatniej chwili.

Problemem nie jest to, że nie mam o czym pisać, że nie mam czasu pisać ani nawet, że nie chce mi się pisać czy nie mam na to siły. Problemem tkwi w fakcie, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy napisałam i usunęłam co najmniej kilkanaście wpisów, które z jakiegoś powodu wydały mi się nieodpowiednie lub zwyczajnie nie dość dobre. Tak więc postanowienie noworoczne brzmi - nie zniechęcać się.

Inne postanowienia noworoczne też mam, ale nie stworzyłam sobie dotychczas żadnej listy, nie wiem, czy powinnam. Bo z jednej strony takie sprecyzowanie własnych postanowień pomaga w ich dotrzymaniu, tak że nie jest to wieczna obietnica odchudzania "od jutra", ale z drugiej strony na takiej liście znajduje się zazwyczaj mnóstwo rzeczy, zarówno szczegółowych jak i bardzo ogólnych, z których połowa nie zostaje nigdy zrealizowana. A jeśli nawet, nikt się o tym nie dowiaduje, bo lista już w połowie stycznia ginie w zawierusze dziejów.

Gdybym miała wymienić trzy rzeczy, na których mi zależy w 2018r., byłoby to zaliczenie wszystkich egzaminów w sesji, schudnięcie na tyle by nie groziła mi już otyłość i żeby się wreszcie ogarnąć z pisaniem. Cokolwiek to znaczy. Pewnie mogłabym uznać, że oznacza to ukończenie powieści, nad którą teraz pracuję. Ale czy naprawdę zależy mi na tym akurat tekście? Lubię go, ale nie aż tak, by brnąć weń mimo wszelkich przeciwności. Gdy czuję nad sobą przymus, słowa spływają w męce.

Tak samo będzie z nauką. W jej przypadku oznaczałoby to pewnie naukę regularną, pilną i odpowiednio zaplanowaną. Postanowienie noworoczne mogłoby brzmieć: będę uczyć się codziennie. A co jeśli będę zajęta, wyjadę albo zwyczajnie zachoruję bądź prześpię cały dzień? Albo co jeśli przyjdzie ten moment, w którym na widok podręczników będę miała ochotę wymiotować? Nie wiem, czy jest sens się o to zabijać.

Postanowienie mogłoby też pewnie brzmieć: będę się uczyć prawie codziennie albo będę się uczyć poza stanami wyższej konieczności. Tylko co to znaczy? Mam wymienić wszystkie przypadki? A jeśli zajdzie coś, czego nie przewidziałam? No dobra, to może: będę się uczyć co najmniej dziesięć godzin tygodniowo. Obawiam się, że wówczas większość czasu spędziłabym na ustalaniu, ile się już uczyłam i ile jeszcze muszę się uczyć, a niewykluczone, że mierzyłabym też czas poświęcony na gapienie się w ścianę.

Dlatego może zostawmy postanowienia noworoczne, które, przynajmniej w moim odczuciu, służą auto-napominaniu, a od auto-napominania blisko już do samobiczowania. Może zajmijmy się wyzwaniami i tak spróbujmy o nich myśleć. Przede wszystkim nie mogą one polegać na wypominaniu sobie, że czegoś w zeszłych latach nie robiliśmy, choć może powinniśmy. (Z tego powodu wykluczam z wyzwań przeczytanie określonej liczby książek oraz pisanie bloga.) 

Ja na pewno chciałabym zbudować igloo. I to nie dlatego, że w zeszłym roku się nie udało (jakiś pies mi na nie nasrał, a potem je rozwalił). Nawet, gdyby w zeszłym roku się udało, w tym roku też bym budowała. Bo budowanie igloo jest fajne. Nawet, kiedy przeziębiasz się od spędzania kilku godzin dziennie na mrozie, a wszystkie mięśnie bolą cię od dźwigania śniegu.

I wiecie co? Tak odjąwszy wszystkie rzeczy, które "powinnam" zrobić, poza igloo właściwie niewiele zostaje. Ja to jestem jednak prostym człowiekiem.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz