sobota, 7 lipca 2018

Czy w fantasy chodzi o zabijanie?

Blog ten od zawsze ział raczej pustkami, ale ostatnio osiągnął już chyba nawet nie tyle brak, co ujemną liczbę czytelników. Ciekawe dlaczego... Pewnie dlatego, że nic na nim nie piszę, co jest tylko i wyłącznie moją winą - przyznaję się. A jednak nieustannie myślę o tym, żeby się przełamać, czyli iskierka nadziei wciąż się tli. Zobaczymy, może coś jeszcze z tego będzie. 

A teraz do rzeczy. 

Mój ojciec przeczytał zaledwie jeden mój tekst, bardzo krótki, pierwszy przeze mnie ukończony i od tamtej pory śmieje się, że morduję wszystkich bohaterów. A przecież padł tylko jeden trup! Co z tego, że głównej bohaterki? Większość przeżyła! Jednak niedługo później naszła mnie pewna myśl - czy ja znam jakiekolwiek fantasy bez zabijania? Bez walki? Od tamtego czasu przeczytałam sporo nowych pozycji nieznanych wcześniej autorów i takiej sobie nie przypominam.  

Tendencja jest wprost przeciwna, trupy padają często i gęsto, główni bohaterowie zabijanie mają we krwi, a nawet jeśli nie mają, to wkrótce nabyć muszę tę jakże kluczową dla światów fantastycznych umiejętność. Ba! Nawet jeśli nie uda im się jej nabyć aż do ostatniej strony, nie znaczy to, że w żadnej walce nie będą uczestniczyć. A już na pewno nie znaczy, że ich los od walki nie będzie w żaden sposób zależał - w końcu jeśli sami są akurat inwalidami na wózkach bez wojowniczych przyjaciół, w tle zawsze może się zdarzyć jakaś wielka wojna. (Nie mówię, że kiedykolwiek spotkałam się z powieścią fantasy, w której główny bohater jest inwalidą na wózku albo nie bierze udziału w walce. Ot, zabezpieczam się.)  

A jak wielu z nas zetknęło się z walką i zabójstwem w zwykłym życiu? Pewnie niewielu. W średniowieczu, na które stylizowana jest spora część fantasy mieli pewnie trochę inne statystyki, ale nie rozwiewa to bynajmniej moich wątpliwości. 

Żeby było jasne - naprawdę nie chcę tu potępiać zjawiska, sama nagminnie morduje bohaterów, aż tak wiele się od czasu tamtego pierwszego opowiadania nie zmieniło. Zastanawiam się. Czy to jest kwestia gatunkowa? Tak jak trup w kryminale? Nie może być kryminału bez trupa, nie może być fantasy bez walki. Ale trup w kryminale nikogo nie dziwi, ludzi jednak nieobeznanych z fantasy wydaje się dziwić ilość zawartej w nim przemocy. Nie tylko mojego ojca.

Wśród fanów gatunków zabijanie wydaje się oczywiste, a jednak nikt nie mówi, że jego podstawowym elementem fantasy jest walka. Wszyscy - no mam nadzieję, że wszyscy - wiedzą, że podstawowym elementem fantasy jest magia. 

A ta magia zabija. Nawet jeśli robi też masę innych rzeczy jak konserwowanie żywności czy ułatwianie transportu, prędzej czy później posłuży też do zabijania.

Ktoś powinien zauważyć, że hola! hola! nikt nie będzie czytał 500 stron o życiu rodzinnym krasnoludów. Ciekawe czy autorzy pierwszych powieści realistycznych słyszeli podobny argument... Bo przecież najpierw były Epos o Gilgameszu, Iliada i Odyseja, Pieśń o Rolandzie czy Pan Tadeusz, a dopiero później popularność zdobyły gatunki spokojniejsze. Fantasy wydaje się zaczynać z tego samego pułapu - od rycersko-baśniowego Śródziemia, aż do paranormal romance, detektywistycznego urban fantasy, fantasy historycznego... Jakby to samo, plus fantastyka. 

Plus zabijanie.

Nie jestem jakąś znawczynią paranormal romance, ale bardzo bym się zdziwiła, gdyby mi ktoś wskazał takie bez walki. W końcu po co tworzyć nieśmiertelne i nadludzko silne wampiry, jeśli im się nie da czegoś, co mogłyby zagryźć? Niby trzeba jakoś tą swoją ukochaną obronić, to nawet dobra metafora dla spragnionych opiekuńczego ramienia młodych kobiet, ale kiedy teraz zaczęłam się nad tym zastanawiać, wydaje mi się to mimo wszystko zagadkowe.

Podobno kultura służy między innymi odreagowywaniu. Aż strach pomyśleć, co w takim razie czai się w głowach fantastów.

Chciałabym ten wpis zakończyć rozwikłaniem zagadki, jednak żadne satysfakcjonujące rozwiązanie nie przychodzi mi do głowy. Jedynie metafora - każdy z nas ma walkę do wygrania i potwory do zabicia. Polecam ten krótki filmik w temacie, bo sama lepiej bym tego nie wytłumaczyła.

A jednak literaturze "normalnej" udało się wyjść z tej baśniowej niejako strefy. Pozostaje mi jedynie rzucić w eter wyzwanie - niech napisze ktoś fantasy bez przemocy, to zobaczymy, co z tego wyjdzie. Nie mówię o pisaniu 500 stron o życiu rodzinnym krasnoludów. Przynajmniej, jeśli życie to niewiele się różni od życia przeciętnych Kowalskich. Ale może istnieje powód, dla którego różni się ono całkiem sporo. Może nawet jest on interesujący dla przeciętnego czytelnika.

Wydaje wam się trudne wymyślenie go? Cóż, każdy gatunek trzeba było najpierw wymyślić. Albo to on sam się wymyślał w zbiorowej świadomości literatów, krok po kroku, książka po książce, opowiadanie po opowiadaniu. Sama idea snucia opowieści potrzebowała pewnie wielu pokoleń. O piśmie nawet nie wspominając. Dlatego też nie mówię o rwaniu się do rewolucji, rewolucje niewielu wyszły na dobre. 

A czemu ja sama nie spróbuję? Bo wszystkie powieści pełne trupów i epickich "rozpierduch na żywioły" same się nie napiszą. Może potem, kiedy nie będą pochłaniać mnie inne pomysły, aczkolwiek nie wiem czy mój nawykły do mordowania umysł da sobie z tym radę. Pewnie spróbuję najpierw w opowiadaniu, choć znalezienie opowiadania fantasy bez zabijania wydaje mi się znacznie prostsze. Wydaje się, bo żadnego sobie nie przypominam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz