poniedziałek, 16 lipca 2018

Nekromanckie rozczarowanie, czyli "Necrosis. Przebudzenie" Jacka Piekary


Autor: Jacek Piekara

Tytuł: Necrosis. Przebudzenie

Rok pierwszego wydania: 2005

Wydawnictwo: Fabryka Słów, Lublin 2016

Liczba stron: 347

Gatunek: fantasy

Moja ocena: nie spodziewałam się wiele, ale dostałam jeszcze mniej


Jakiś czas temu zapowiedziałam recenzję, tak więc oto jest recenzja. Na dodatek książki, którą pożyczono mi przez wzgląd na obecność nekromantów i czarnej magii, inaczej mało prawdopodobne, że bym po nią sięgnęła. Nie żebym miała jakiś uraz do Piekary. Wcześniej czytałam dwa tomy z Cyklu Inkwizytorskiego i... właściwie nic. Pamiętam kilka inspirujących scen oraz znacznie mniej inspirujący fakt, że sporą część jednego z opowiadań Mordimer z niewyjaśnionych przyczyn spędził zabawiając się w domu publicznym. Powinno mnie to ostrzec, ale nie ostrzegło. 

Jednak zacznijmy od początku, bo na początku nie byłam w ogóle pewna, czy biorę się za powieść czy za zbiór opowiadań. O czym innym krzyczała okładka, o czym innym mówiła osoba, która książkę mi poleciła. Ostatecznie pozycja okazała się zbiorem opowiadań udającym powieść przez podział na "rozdziały". Nie wiem po co, opowiadania mają ze sobą to tylko wspólnego, że ich akcja osadzona została w jednym świecie i mniej więcej w tym samym czasie. Wszystkie też dotyczą tytułowego "przebudzenia" złych sił. Żadnych wspólnych bohaterów czy wątków (poza wspomnianym jednym) nie stwierdzono.

Może jestem czepialska, ale dla mnie zabrzmiało to albo jak tani chwyt marketingowy spod znaku "zbiory opowiadań się nie sprzedają" (czego akurat po twórczości Piekary nie widać) albo jak dziwny zamysł autora spod znaku "bo [tu wstaw dowolny powód] i się nie znacie". W każdym razie książka i autor już na wstępie dostali ode mnie punkty ujemne.

Opowiadania same w sobie są na różnym poziomie, więc najpierw może scharakteryzuję wszystkie kolejno, a potem przejdę do ogółu.


1. Opętanie


Drugie z najgorszych opowiadań w zbiorze. Mamy tu Tronheima - egzorcystę-oszusta, który swego czasu wyleciał ze szkoły dla magików i nic dziwnego, bo bystry jest jak, nie przymierzając, woda w kiblu. Dziw bierze, że kogokolwiek do tej pory oszukał. Dziw bierze, że ktokolwiek wziął go za prawdziwego egzorcystę i powierzył tak ciężkie zadanie...

Oprócz nieznośnego Tronheima opowiadanie zawiera w sobie równie cały szpaler tak szablonowych postaci, że aż zgrzyta w zębach oraz masę kiczowatego mroku i całkowicie spływającego po czytelniku okrucieństwa. Czytając, przewracałam oczami.

Ale czarę goryczy przepełnia zakończenie w postaci zwykłego deus ex machina. Aż nie mogę uwierzyć, że znalazłam coś takiego w książce popularnego autora.


2. Następny piękny dzień

Po bardzo zniechęcającym początku przyszła z kolei pora na najlepsze opowiadanie zbioru. Za bohatera mamy tu wiejskiego chłopca (swoją drogą, dużo bardziej rozgarniętego niż rzekomo obyty w świecie Tronheim), którego uboga rodzina, nie stała się bynajmniej od tego ubóstwa poczciwa i dobra. Dlatego chłopiec radzić musi sobie sam i zyskuje w tym nieoczekiwaną pomoc związaną, podpowiem, z ciemnymi mocami.

Historia bardzo prosta, jakby nieco baśniowa, z wywołującym uśmiech satysfakcji zakończeniem - przynajmniej u mnie, może u normalnych ludzi nie. Dodatkowo urzekła mnie nieskomplikowanym, ale ładnie pasującym do reszty systemem magii.


3. Księżniczka i wiedźma

Opowiadanie z drugiego miejsca. Historia niewidomej księżniczki i jej mającej przybyć z dalekiego kraju macochy. Ma ładny zwrot akcji oraz powoli wyłaniającą się z ukrycia tajemnicę, ale nie powiedziałabym o nim, że jest zaskakujące. Ot, opowieść, której bohaterowie popełniają tragiczne błędy, nie zawsze potrafiąc rozróżnić, co jest dobrem, a co złem. Szkoda, że autor nie postanowił tego pogłębić, zamiast próbując uderzyć zwycięstwem zła, w którym to zwycięstwie nie ma nic niezwykłego. U Piekary najwidoczniej cały czas musi wygrywać zło. 


4. Krew, śmierć i świt

Historia mniej więcej tak pretensjonalna jak jej tytuł - a przynajmniej z równie pretensjonalnym głównym bohaterem. Reinhard to cesarski lennik, który właśnie położył kres ciągnącej się od wieków wojnie z nieprzyjaznym rodem. Nie miałby w zasadzie więcej problemów, gdyby nie ukrywający się w zdobytym zamku ośmioletni chłopiec, ostatni potomek wrogiego rodu oraz tajemniczy portret na ścianie sypialni.

Reinherdowi marzy się przede wszystkim wieczna sława, o czym nam nieustannie musi przypominać. Mam nadzieję, że stworzenie postaci irytującej, to był zamysł autora. Jeśli tak, to się udał. Nie wiem tylko, jaki był jego cel. Rozumiem tworzenie bohaterów złych, ale nie rozumiem tworzenia bohaterów, przez których czytelnik ma ochotę rzucać książką o ścianę. Zwłaszcza, że poza tym gwiazdorstwem Reinherd to typowy "menski meszczyzna" polskiego fantasy, co lubi bitkę, kobiety i alkohol. A rozsądny mniej więcej tak samo jak Tronheim z "Opętania".

Tylko zakończenie pełne mrocznej magii i jej niespodziewanych konsekwencji wywołuje uśmiech. Mimo że musiałam się chwilę zastanowić, o co w tej scenie chodziło.


5. Czerwona mgła

Totalna porażka. Nie tylko najgorsze opowiadanie w zbiorze, ale najgorsze opowiadanie, jakie widziałam na papierze w przeciągu ostatnich kilku lat. O czym jest? O seksie. Są w tym jeszcze jacyś rabusie grobowców i dzielnica pełna świątyń, ale tak głównie to o seksie. 

Mamy okazję wraz z główną bohaterką przeżywać przypływy tytułowej "czerwonej mgły", które są napadami nimfomanii czy czegoś podobnego. Mamy też okazję poczytać o jej fantazjach seksualnych, masturbacji oraz seksie z przypadkowymi przechodniami. Gdzieś między tym trafiamy do przybytku Świętej Sekstyny, gdzie pod opieką szóstki bogiń kobiety oddają się uprawianiu najstarszego zawodu świata. (Jaka gra słów... Się uśmiałam, jak na pogrzebie.) 

Rzadko zdarza mi się omijać kilkanaście stron, ale to był właśnie ten przypadek. Tylko zakończenie doczytałam i było... No jak cała reszta - o seksie.

   
Podsumowując wszystko powyższe, mamy tu zbiór z dwoma złymi opowiadaniami i trzema przeciętnymi. Główne grzechy "Necrosis. Przebudzenie", to przede wszystkim ten wspomniany przy "Opętaniu" kiczowaty mrok i przerysowane okrucieństwo. Mam wrażenie, że Piekara chwilami próbował pisać film zamiast książki, czyli próbował przerazić nas wizualnie, co w książkach zwyczajnie nie działa.

Łączy się z tym potworna nachalność pojawiającego się zła. Widzę tu bardzo silną chęć odejścia od schematów typowego fantasy pełnego dobrych bohaterów, tylko szkoda, że wychodzi właściwie na to samo. Zamiast przekonywać nas, jakie wszystko jest dobre, Piekara przekonuje nas, jakie wszystko jest złe. Nie ma szarości, znów tylko czerń i biel, a właściwie czerń! czerń! CZERŃ! Taka książka dla ludzi, którzy lubią się szokować nieszokującymi, ale szokująco brzmiącymi rzeczami. No bo świat jest zły i ludzie są źli i w ogóle... Zaskakujące, prawda?

A gdyby spojrzeć na to jak na samą historię bez tandetnej dekoracji, to mamy tu takie fabuły-wydmuszki. Takie czytadła. Takie, którymi się nie przejmiemy. Takie, które mają fajne zwroty akcji i przemyślane zakończenia, ale nic poza tym.

Komu poleciłabym tę książkę? Właściwie to nikomu, szkoda czasu na pozycje słabo-przeciętne, kiedy jest tyle dobrych. No chyba, że ktoś chce zobaczyć, jak miernie potrafią pisać znani autorzy.


(Jest to moja pierwsza w życiu recenzja, więc gdybyście mieli do niej jakieś uwagi, bo na przykład nad jednymi rzeczami za bardzo się rozwodzę, a nad innymi za mało, to chętnie wysłucham waszej opinii. W zasadzie... Zawsze chętnie wysłucham waszej opinii, nie tylko kiedy robię coś po raz pierwszy. ;) ) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz